Są tacy wśród nas na tym padole łez, którzy z mięsem zupełnie nie są za pan brat. Nie lubią schabowych i mielonych, nie ciągnie ich do steków i rumsztyków, kultowego rosołu na niedzielny obiad nie gotują, nawet ryby pod żadną postacią nie tkną.
Największą przyjemnością dla ich podniebienia są warzywa i owoce, placki i placuszki, pierogi z każdym nadzieniem – byle nie mięsnym, soja i soczewica. Lubią i przyswajają kasze i ryż, a nad plaster szynki lub kawałek kiełbasy przedkładają ser i jajka, chociaż niektórzy nawet tych produktów do ust nie wezmą, jako i miodu bądź mleka. No cóż, każdy ma prawo do swojej filozofii życia, swoich smaków, przekonań i przyzwyczajeń. Mają je wegetarianie i weganie, w ‘daniotece’ których mięsa w szerokim tego słowa znaczeniu nie uświadczy się, mają także mięsożercy, którym ‘kotlet z sałaty’ przyjemności raczej nie sprawi.
Dzisiaj przy stole z powyłamywanymi nogami było czysto, ekologicznie i bezmięsnie, czyli inaczej rzecz ujmując - w klimacie wegetariańskim. Nikt nie ośmielił się rzucać mięsem i to nie tylko ze względu na gościa i temat, jaki sobą wniósł w dzisiejsze spotkanie, ale także i... hmm... ze względu na właściwą kindersztubę, nakazującą niejako szacunek i empatię do lubiących odżywiać się inaczej, niż zdecydowana większość populacji pięknego kraju nad Wisłą. O czepianiu się do wegetariańskich przekonań i upodobań oraz braku tolerancji mowy nie było, chociaż swoje ‘za i przeciw’ można było oczywiście wyrażać i uzasadniać do woli. I ptysie malinowe wujka Pawła spontanicznie opowiadały się bądź to za soczystym stekiem, bądź za przysmakami kuchni bezmięsnej, które zaspokoić mogą pod każdym względem nawet najbardziej wybrednych.
Ale do rzeczy. Kto przybył wczesnym popołudniem do studia AR przy Żurawiej, aby porozmawiać na temat, do którego wegetariańscy smakosze czują wyjątkową miętę? Otóż dzisiejszą gościówą Pawła była Katarzyna Jażdżewska, wegetarianka z krwi i kości, właścicielka jedynej w Warszawie restauracji, w której jest elegancko, estetycznie i cicho, a przede wszystkim absolutnie bezmięsnie! Knajpą tą jest ekologiczna Biosfeera przy Al. Niepodległości (wejście od Odyńca).
O jej stworzeniu i prowadzeniu Katarzyna Jażdżewska marzyła od dawna. Brakowało jej takiego eleganckiego miejsca, o nowoczesnym wystroju, w którym można byłoby przyjemnie spędzić czas przy spokojnej muzyce i przy stole zastawionym wegetariańskimi smakołykami, do których sama przywykła dawno temu i które przyswaja z pobudek etycznych i zdrowotnych. Restauracja to jednak coś innego niż bar, do którego wpada się jak po ogień, a prawda taka, że do czasu otwarcia Biosfeery tylko tego rodzaju wegetariańskie przybytki gastronomiczne (w sensie bary) istniały na kulinarnej mapie Warszawy. W restauracji pani Katarzyny można smacznie zjeść, wybierając dania (niektóre o bardzo oryginalnych nazwach) z bogatej i różnorodnej karty. Uwzględnia ona także to, co najchętniej pałaszują najmłodsi konsumenci, którzy często przychodzą tu z rodzicami.
O tym, że Biosfeera dobrze i smacznie karmi, po domowemu, bez spulchniaczy i polepszaczy tudzież kostki rosołowej, a przy tym nie truchłem – co dla wegetarian jest rzeczą zasadniczą, wiedzą doskonale stali klienci knajpy, których nie brakuje. Warto tam wpaść i przekonać się samemu. A więc - na podbój wegetariańskiego świata!
Dzisiejszy odcinek Blatu można odsłuchać ponownie. Wystarczy kliknąć TU.