110 Wieczorne Rozmowy stały po znakiem gości. Poza Marcysiem (brzydszym od Rudej), pojawili się również: Olga, Kuba oraz Shelley – autorka książki „Day by day”. Cały rok przyszło Krzyśkowi czekać na rodowitą Amerykankę Shelley, alkoholiczkę trzeźwą, od 06-06-1969, czyli od ponad 37 lat! Shelley w młodości przejechała cały stan Kalifornia w tą i z powrotem nie trzeźwiejąc oraz będąc pod wpływem narkotyków. Na pytanie Krzysztofa, dlaczego poszła na swój pierwszy mityng odpowiedziała, że na koniec tej podróży po Kaliforni zdała sobie sprawę, że ma problem z alkoholem. Zadzwoniła do swojej matki prosząc, aby ta albo oddała ja pod opiekę psychiatry lub do więzienia. Był to dobry moment, ponieważ właśnie obchodziła 6 miesięczną rocznicę trzeźwości, więc zabrała Shelley na mityng AA. Na pytanie „czy na pierwszym mityngu wszystko ci się spodobała?”. Odpowiedziała, że to nie była kwestia podobania się lub nie. Jej stan ducha i ciała był tak straszny, że zdawała sobie sprawę, że stawką jest jej dalsze życie. Po pierwszym spotkaniu była pod takim wrażeniem, że w ciągu pierwszego dnia odbyła 5 (słownie: pięć) mityngów. Z pierwszego nie pamięta prawie nic oprócz jednego. Podeszła do niej stara, zniszczona Indianka o imieniu Margaret, i powiedziała po prostu: „kocham cię”. Długo by można pisać jeszcze o tym wszystkim, co powiedział ten wspaniały gość Krzyśka. Mi utkwiło jedno, w trzeźwości trzeba pozostawać z taką samą energią i determinacją, z jaką wcześniej walczyło się o kolejnego drinka……Mottem tego wieczoru było pytanie: „czy nauczyłem się dawać”. |