Piaszczyste plaże, lazurowe morze, słońce mocno grzejące przez większość miesięcy w roku. Błogi spokój, pełen luz. Na wszystko jest czas, nie ma pośpiechu. Zdąży się. Gdzie tak? Ano w Hiszpanii. Nic tylko wsiąść do samolotu byle jakiego (oczywiście pod warunkiem, że akurat będzie leciał w tamtym kierunku) i po paru godzinach lotu poczuć się jak w siódmym niebie.
Na miejscu możliwości spędzenia czasu w przyjemny sposób mnóstwo, w zależności od upodobań i okoliczności. Można oddać się słodkiemu 'nic-nie-robieniu' - ale to chyba raczej latem, gdy żar z nieba leje się i naprawdę nie chce się nawet palcem ruszyć. Można także nieźle zabawić się - bez względu na porę roku, podpatrując zwyczaje i obyczaje mieszkańców krainy Don Kichota lub też samemu biorąc w nich udział. Nie da się ukryć, Hiszpania fiestami stoi! W tym kraju, świąt obrosłych wielowiekową tradycją, będących elementem ludowej kultury, które obowiązkowo obchodzi się (i to nieraz przez kilka dni, bo... tak), jest mnóstwo. Do wyboru, do koloru. W każdym regionie można załapać się na jakąś fiestę, bo powodem zabawy od wieczora do samego rana, której towarzyszą niekończące się biesiady, tańce i śpiewy może być wszystko. Wszystko, chociaż zazwyczaj - poza chyba corrida de toros, którą niektórym trudno byłoby nazwać zabawą - fiesta ma odniesienie do święta religijnego.
Na jedną z nich załapał się Antyradiowy włóczykij, w sensie Paweł. Właśnie powrócił na ojczyzny łono z Walencji, gdzie spędził kilkanaście dni, śledząc bardzo uważnie - razem z tysiącami turystów tudzież mieszkańcami miasta - Fallas, największą i najważniejszą fiestę tej prowincji. Stanowi ona pożegnanie zimy oraz rozprawienie się z całym złem mijających dwunastu miesięcy, a jednocześnie powitanie nowych mocy i sił, rodzących się z wiosną. Swoimi walencjańskimi spostrzeżeniami dzielił się dzisiaj z biesiadnikami przy blaciku zgromadzonymi, wszczynając jednocześnie dyskusję w hiszpańskim klimacie – o wszechobecnych pomarańczach i soku z tychże, o oliwkach - będących dobrem narodowym Hiszpanii, o ciurros – ni to pączkach, ni faworkach, o tapasach serwowanych do piwa – za free lub jedno euro, o paelli made in Valencia, o jamón iberico - de bellota i serrano...
Co zobaczył w krainie Don Kichota? Skoro pojechał specjalnie na Fallas, to przede wszystkim płonące kukły wielometrowej wysokości, wyobrażające krytykowanych polityków, niezbyt lubiane postaci z codziennego życia wzięte, celebrytów i innych mniej lub bardziej znanych, będących generalnie w jakiś sposób 'beee'. Przygotowuje się je przez cały rok po to, aby 19 marca o północy, czyli w dniu uznawanym w Walencji za początek wiosny, puścić je z dymem i tym samym pożegnać się z nimi na zawsze.
Oko zawiesił także (a jakże by inaczej) na wystrojone w piękne suknie fallery, niosące w procesji kwiaty dla udekorowania płaszcza Matki Boskiej (bo Fallas to tak jakby święto religijne) i na nie mniej 'aliganckich' falleros – nieodłączne ludzkie elementy tej uroczystości. Trudno byłoby mu nie dostrzec i nie usłyszeć odgłosów petard i fajerwerków. Fiesta była bardzo huczna – zawsze taka jest. Ogniem bawili się (cokolwiek miałoby to znaczyć) dorośli i dzieci, od rana do późnej nocy, przez prawie cały tydzień.
O Hiszpanii całkiem spokojnie można przegadać więcej niż cztery godziny. Na dzisiaj jednak wystarczy - chodziło głównie o walencjańską fiestę. Hasta luego! Komu mało, może odsłuchać sobie audycję jeszcze raz. Została nagrana i jest do sciągnięcia STĄD.