Od czasu poprzedniego odcinka Wieczornych Rozmów nie było trzęsienia ziemi, a to zwiastowało jedno: w niedzielę, 10 sierpnia A.D. 2008, o dziewiątej wieczorem, rozpoczyna się kolejne wydanie audycji! I tak było. To, że już po raz dwusetny wybrzmiała ‘Layla’ Erica Claptona, że po raz dwusetny gospodarz programu przedstawiając się powiedział, iż jest alkoholikiem, że w dalszym ciągu obowiązywały te same ‘niedemokratyczne’ reguły i zasady, przypomniane przez Rudą oraz że tradycyjnie wybrzmiała perełka - dzisiaj Work Song, którą wygrał na trąbce Cannonball Adderley... to już szczegół... godzien jednak odnotowania i największej uwagi :)
Godzien chociażby z powodu osoby wspaniałego gościa, który przyjął zaproszenie Krzysztofa i zjawił się w studiu na jubileuszowe wydanie Wieczornych Rozmów. Był nim dr Bohdan Woronowicz, wybitny specjalista, który niejednego alkoholika przywrócił światu, wyciągając za uszy z grobu. Z pewnością byli to ci, którzy zaufali doktorowi, dali się przekonać, poddali się terapii naszpikowanej konkretnymi wymogami, byli konsekwentni w swoich działaniach – przynajmniej bardzo się starali, a przede wszystkim w realizowaniu programu współpracowali z lekarzem. Doszła oczywiście do tego ciężka praca własna samego alkoholika, bo bez niej nie byłoby wyników. Cóż bowiem – tak naprawdę - może zrobić terapeuta oprócz podpowiedzi, jak trzeźwienie powinno wyglądać, z czego należy zdawać sobie sprawę i co należy zrozumieć w chorobie alkoholowej.
Dwusetne wydanie Wieczornych Rozmów prawie nie różniło się od poprzednich wydań audycji – była refleksja z Day By Day, były telefony (od Antosia i Stasia) i maile, których Krzysztof nie czytał jednak na antenie (i to ta jedna różnica), chcąc w jak największym stopniu skorzystać z okazji, że w Wieczornych Rozmowach zaistniał gość – wybitny fachowiec, z którym można porozmawiać o tej dziwnej chorobie jaką jest alkoholizm trochę inaczej, niż jest to zazwyczaj, kiedy słuchacze mailują i opowiadają, w jaki sposób ‘odrobili lekcje’. Zresztą rozmowa z doktorem Woronowiczem ściśle dotyczyła dzisiejszej refleksji. Brzmiała ona: ‘Dostosuj się’ – czyli żyj tylko dniem dzisiejszym, nie wyrzucaj sobie spraw wczorajszych, nie zamartwiaj się jutrem. Zajmuj się tym, co dzisiaj może cię spotkać, nie ‘gdybaj’, nie myśl, co by było ‘jeśli’ lub ‘ale’, zostaw narazie w spokoju to, co jest poza zasięgiem twoich rąk i poza twoim wpływem. I stąd też pytanie na dziś: Czy nauczyłem się dostosowywać do świata?
Łatwo powiedzieć ‘dostosuj się’, ale jak to zrobić? Nieumiejętność dostosowania się albo brak chęci ku temu jest przecież powodem, z jakiego ludzie trafiają na terapię. Trafiają, bo zamiast dostosować się do tego świata chcą, aby świat dostosował się do nich. A tak się nie da... Żadna magiczna formuła, żaden spisek, ani plan nie dostosuje świata do naszej woli. Nie są to odosobnione przypadki, że wśród pacjentów trafiają się rogate dusze, które wcale nie są łatwymi i prostymi (przypadkami do kuracji), które są bardzo na ‘nie’, bardzo zbuntowane. Nic im nie pasuje, wszystko wszystkim mają za złe, patrzą, co by tu zaatakować. Chcą zmieniać świat, chcą zmieniać ludzi na terapii, czują, że ich misja polega na tym, żeby świat dostosował się do nich. Niby przyszli się leczyć, ale robią wszystko, żeby nic z tego nie wziąć. Taki był nasz Krzysztof, gdy zaczynał terapię.
Kogo w ogóle dotyczy choroba alkoholowa, kto powinien skorzystać z pomocy, gdzie jej szukać? Po kolei. Według dr Woronowicza dotyczy tych, którzy sami zaniepokoili się swoim piciem, bo piją w inny sposób, niż ludzie dookoła (przez kolejne dni, tygodnie czy miesiące), bo próbowali ograniczać się w piciu, ale im to nie wychodzi. To są przesłanki, aby móc twierdzić, że już wpadło się w szpony choroby alkoholowej. Zdrowy człowiek nie musi liczyć, ile dni już nie pije, zdrowy człowiek nie wyrobiłby, gdyby pil codziennie. Trzeba więc tylko uwierzyć w to, że jest się chorym, a gdy przyjdzie tego świadomość - zacząć pracować na swoją korzyść, czyli poddać się terapii.
Jak się leczyć? Na pewno nie przez Internet, nie przez fora i czaty, na których pełno ‘mądralińskich’ w temacie, gotowych służyć radą. Dyskutując na forach nie trzeźwieje się jednak. Doktor Woronowicz radzi: trzeba pójść do mądrych ludzi, trzeba skorzystać z pomocy terapeuty, trzeba spotykać się z podobnymi do siebie i korzystać z doświadczeń innych. Taka prawda – w leczeniu tej choroby nic nie zastąpi żywego kontaktu. Mało tego, w kuracji nie ma drogi na skróty. Wielu w to nie wierzy i dlatego muszą się najpierw przewrócić, żeby coś do nich doszło. I jeszcze jedno - z choroby alkoholowej nie można się wyleczyć całkowicie (co oczywiście nie oznacza wcale, że nie można przeżyć reszty swojego życia bez kieliszka w dłoni), a podejmując leczenie nie należy liczyć na to, że wszystko pójdzie szybko i bez wysiłku. Tym bardziej, że póki co nie wymyślono jeszcze medykamentów na trzeźwienie...
W leczeniu można sobie samemu trochę pomóc. Jeśli rzeczywiście chce się przestać pić, to lepiej usunąć z pola widzenia wszelkie pokusy, jak piwo z lodówki czy alkohol z barku i nie chodzić tam, gdzie się pije. Nie prowokować po prostu losu. Najpierw trzeba nauczyć się chodzić na trzeźwo, żeby potem móc snuć się między tymi, co piją. Oczywiście, w tej chorobie mogą zdarzyć się chwile załamań i zwątpień, ale trzeba pamiętać, że nie ma w niej wstydu i wszystko może się przytrafić. Nawet to, że pójdzie się ‘w tango’ – po stu dniach terapii, albo po czternastu latach... Trzeba wtedy umieć wrócić z powrotem tam, skąd się uciekło w chwili słabości. To amerykańska zasada keep coming back, która niejednemu alkoholikowi uratowała życie.
Alkoholizm to nie grzech – jak podchodzi się nieraz do tego zjawiska (przodują w tym księża), ani też coś ‘brzydkiego’ czy słaba wola pijącego. To choroba, z którą można walczyć w każdym czasie i w każdym miejscu. Trzeba tylko umieć odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chce się żyć...
A za tydzień, jeśli nie będzie trzęsienia ziemi... oczywiście kolejne wydanie Wieczornych Rozmów. :)