 Skoro w tym tygodniu w Gastrofazie miało być na przemian - ‘raz dziewczynka, raz chłopaczek’, to dzisiaj w studiu, po wczorajszej wizycie Hirka Wrony, mogła zaistnieć tylko i wyłącznie kobieta.
Słowo się rzekło, kobyłka u płotu. Zaproszenie Pawła przyjęła i gościem jego w czwartkowej Gastrofazie była Małgorzata Kalicińska-Grabowska, powieściopisarka. Dwie książki jej autorstwa - Dom nad rozlewiskiem i Powroty nad rozlewiskiem rozchodziły się w ubiegłym roku jak świeże bułeczki i były absolutnymi bestsellerami. Nic dziwnego, obie stanowią bardzo fajną lekturę (raczej ‘babską’), z historiami z życia wziętymi, prawdziwymi, niewydumanymi, pozbawionymi sztuczności. Niewykluczone, że w myśl zasady ‘Boh trojcu lubit’, czytelniczki, których serca one podbiły, doczekają się trzeciej części tej sagi rodzinnej. Autorka cały czas zbiera myśli i zapisuje na fiszkach (jak to literaci mają w zwyczaju), które skrzętnie chowa do szuflady biurka. Oby tylko nie leżały tam za długo. Ma też pomysł na inną książkę, a mianowicie... o pięknym seksie. Na polskim rynku takich pozycji ponoć brakuje.
Małgorzata Kalicińska-Grabowska biegle śmiga po klawiaturze komputera, w takim samym stopniu biegła jest także w sztuce kulinarnej. Nie raz dzieliła się w Gastrofazie swoimi różnymi pomysłami na dania bardzo proste (nazywając je bieda-potrawami), jak i bardziej wykwintne, nie oznaczające przy tym wcale skomplikowanych. Dzisiaj ‘sprzedała’ patent na smakowity dodatek do mięsa, który przygotowuje zazwyczaj na zimę, zaprawiając go w słoiczki. Były to podłużne papryczki (przypominające czapeczki krasnoludków), nafaszerowane białym serem, którego smak wzmacnia się czosnkiem, czarnym pieprzem i ziołami, a całość zalewa gorącą oliwą.
Należy przyznać, że gość Pawła lubi dobre smaki, lubi gotować i o gotowaniu lubi rozmawiać. Nie obce są jej różne techniki przygotowywania jedzenia. Smaży i dusi, gotuje na parze, blanszuje i flambiruje (czyli wytrawia żywym ogniem) – w zależności od tego, co przerabia na smakowite danie. Ma wiele szacunku do makrobiotyków (szczególnie teraz, gdy podjęła się diety wyszczuplającej) i z lubością zajada surowiznę. Unika w ten sposób solenia potraw (lub przynajmniej ich nie dosala), co jest istotną sprawą, nie tylko w diecie. Już dawno stwierdzono bowiem, że sól zatrzymuje wodę w organizmie i powoduje nadciśnienie tętnicze. Bezkarnie można natomiast doprawiać potrawy pieprzem lub ziołami. I tu należy w pełni zgodzić się ze spostrzeżeniem, dotyczącym nadmiernego stosowania soli w kuchni, poczynionym przez Małgorzatę Kalicińską-Grabowską. Zbyt duża jej ilość w potrawie naprawdę nie jest zdrowa. Surowa marchewka w ogóle nie tuczy (nie potrzeba jej solić, żeby ją zjeść), podczas gdy gotowana ma bardzo duży indeks glikemiczny, czyli przysparza zbędnych dekagramów.
Dzisiejsza Gastrofaza wypadła w Międzynarodowym Dniu Języka Ojczystego. Dobrze się nawet złożyło, gdyż gość Pawła znany jest z tego, że w swoich powieściach stosuje bogactwo słów i wyrażeń, zapamiętanych z dzieciństwa. Do historii gastrofazowego języka polskiego już dawno przeszedł ‘zuchelek’, jednostka wagi. Dzisiaj doszedł czasownik ‘rozduśdać’ i wyrażenie ‘wracać po ćmoku’. Czyż to nie piękny przykład ochrony polszczyzny i otaczania jej opieką?
Dzisiejszą Gastrofazę, jak i poprzednie wydania tej audycji, można odsłuchać na stronie: KLIK. |