Pawła nosi od czasu do czasu i wie o tym każdy szanujący się słuchacz Stołu Z Powyłamywanymi Nogami. W przededniu 1. maja też go poniosło - tym razem niezbyt daleko, bo na warszawskie Krakowskie Przedmieście, które jest interesującym pod wieloma względami punktem na mapie Warszawy. Rozłożył się tam z Blatem, aby zgłębić będące na czasie zagadnienie natury historyczno-społecznej...
Co go nurtowało? Ano właśnie pierwszy dzień maja, uznawany przez niektórych (nie tylko historyków) za międzynarodowe święto pracy, a przez zdecydowaną większość społeczeństwa za dzień wolny od tejże, dający początek polskiemu wynalazkowi, czyli najdłuższemu weekendowi w Europie (a może i na świecie). Gwoli wyjaśnienia, w tym roku zjawisko to dotknął wszechobecny kryzys, bo taki długi znowu nie był ten weekend – ot zaledwie ‘trzydniówka’, ale w końcu nie o to chodzi. Rzecz o 1. Maja i o tym z czym ten dzień kojarzy się zwykłemu zjadaczowi chleba. Wyposażony w maszynkę do rejestracji dźwięku, a także swój sławny wyprężony mikrofon, przepytywał u stóp pomnika Mikołaja Kopernika młodszy i starszy wiekiem lud Warszawy o emocje związane z tym dniem, jeśli w ogóle jakiekolwiek wzbudzał on kiedyś w narodzie i wywołuje teraz.
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu kojarzył się jednoznacznie – z defiladami i pochodami pierwszomajowymi, w których ‘spontanicznie’ brali udział ludzie pracy oraz ‘radosna, szczęśliwa, socjalistyczna młodzież’ – uczniowie, studenci, sportowcy. Najsłynniejszy był ten warszawski, biegnący wzdłuż Marszałkowskiej, odświętnie na tę okoliczność udekorowanej flagami, wzniosłymi hasłami (typu: Niech żyje 1. maja – święto klasy robotniczej i narodu polskiego) oraz portretami przywódców, w sensie kierownictwa partii i rządu. Oni sami z radością w oczach i szczerym wzruszeniem przyjmowali tę pokojową manifestację, machając radośnie ‘pierwszomajowiczom’ z trybuny honorowej rękoma lub chorągiewkami. O wadze tego pochodu świadczy fakt, że jego przebieg transmitowała telewizja na cały kraj!
To dopiero było święto! A dzisiaj? Nikt nikogo do pochodów nie zmusza, nie ma już obowiązku na nie chodzić, nie ma potrzeby okazywania swojej ‘solidarności robotniczej’ i w związku z tym emocje z nimi kojarzone są tak jakby zerowe. Tak samo jak znikoma jest o nich wiedza, szczególnie wśród bardzo młodych ludzi. Mało kto je pamięta, dla licznych to czysta abstrakcja kojarzona z komuną, znana z opowieści rodziców, z filmów lub książek, ot po prostu mało interesujący szczegół z przeszłości. Nie ich epoka. Nawet ci, którzy nadziawszy się na wyprężony mikrofon Pawła przyznawali, że brali w nich udział (choćby emerytowani dziś nauczyciele, którzy ‘pilnowali’ podczas przemarszu młodzież), wyjaśniali, iż traktowali je jako formę spędzania wolnego czasu, takie spotkanie towarzyskie, kończące się zazwyczaj lodami po dojściu do końca pochodu i zdaniu w wyznaczonym miejscu ‘badziewi’ na kiju, które nieśli podczas pochodu - co by były na następny rok.
Jaki wniosek z tego wynika? Ano, taki, że dzisiaj pochody pierwszomajowe mamy w przysłowiowej... dupie. Jak tylko nadarzy się okazja, uciekamy z miasta gdzie pieprz rośnie... tfu - na łono natury. Tam bardzo miło można spędzić czas.
A dzisiejszy Blat tradycyjnie można odsłuchać jeszcze raz TU.