Dzisiaj Gastrofaza podróżnicza. Paweł zawiózł nas hen daleko – do Azji Środkowej, gdzie leży kraj pięciokrotnie większy od Polski, w którym zabytków mało, ale jest step, pustynia Gobi, kumys i jurty.
Skoro takie skojarzenia, to wiadomo, że celem podróży była skrajnie egzotyczna Mongolia. Słuchaczy oprowadzał po niej dzisiejszy gość Pawła - Jan Rogala, pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego i członek Towarzystwa Polska-Mongolia w jednym. W kraju tym jest zakochany od dawna, wie o nim bardzo dużo, ma wiele z nim wspólnego na co dzień i od święta - zarówno w domu (żona jest najprawdziwszą Mongołką), jak i na uczelni, gdzie uczy studentów trudnego języka mongolskiego.
Kto by przypuszczał, że z krajem oddalonym od Polski o tysiące kilometrów, leżącym na innym kontynencie, łączy nas wiele, a w kulturze, zwyczajach i historii obu narodów można dopatrzyć się cech wspólnych. W Mongolii tak, jak w Polsce dokonał się swego czasu przewrót ustrojowy, w wyniku którego kraj uwolnił się od wpływów radzieckich, rozwija się w nim gospodarka rynkowa, wprowadzane są reformy gospodarcze. Idzie to wolniej niż u nas, ale właśnie na takiej, a nie innej drodze swojego rozwoju jest dzisiaj ten pasterski kraj. Polacy - jako naród, darzeni są w Mongolii szacunkiem – pamięta się, że polska Solidarność miała niemały i konkretny udział w przeobrażeniach, jakie tam nastąpiły w latach dziewięćdziesiątych.
Mówiąc o Mongolii, należy mieć przed oczyma praktycznie dwa kraje: Mongolię ze swoją stolicą Ułan Bator i Mongolię z rozległym stepem, górami, końmi (do których Mongołowie odnoszą się z taką miłością, jak Hindusi do krów) i owcami. To kraj pasterski i koczowniczy i tak jest od zarania dziejów. Nieodłącznym elementem krajobrazu mongolskiego są jurty, które spotkać można także i w milionowej stolicy kraju – Ułan Bator, która ponoć bardziej tętni (nocnym) życiem i migocze kolorowymi neonami night clubów niż Warszawa. W metropolii jurty są przede wszystkim atrakcją turystyczną (można w nich spędzić noc, jak w hotelu), a nie miejscem, w którym się mieszka i żyje na co dzień.
W Mongolii jest wiele miejsc, godnych zobaczenia. Jednym z nich jest Karakorum – pierwsza stolica imperium mongolskiego, miasto, w którym Czingis Chan planował w XIII wieku swoje wielkie podboje. Dzisiaj nie pozostało z niej nic. Wszystkie budowle to rekonstrukcje. Do Karakorum jeździ się po to, aby zobaczyć klasztor buddyjski i świątynie. Tu należy nadmienić, że w Mongolii panuje lamaizm i szamanizm i z usług szamana można skorzystać bez przeszkód nawet w dzisiejszych czasach. Bardzo ciekawa wydaje się być pustynia Gobi, uznawana za największą pustynię Azji, symbol Mongolii. To nie tylko piasek - jak się powszechnie przypuszcza, to także kamienie, skały i lodowce. Tysiące lat temu żył tam sobie koń Przewalskiego i dinozaury, których kości i skamieniałe jaja można dziś na Gobi spotkać.
Mongołowie znani są ze swojej gościnności. To następna cecha wspólna z narodem polskim. Jada się tam przeważnie mięso (baraninę) i pije mleko. Warzywa są raczej w pogardzie. Najbardziej typowym daniem mongolskim są pierożki (nie pierogi, bo są małe) o nazwie budz i huszur. Obydwa ich rodzaje zawierają w sobie farsz z mięsa baraniego, a różnią się tym, że jedne gotowane są na parze, a drugie smażone w głębokim oleju. Popić można je kumysem, zwanym ajragiem, który jest napojem alkoholowym ze sfermentowanego mleka klaczy (podobno porządnie daje w głowę) lub suutej cajem – krowim mlekiem z solą i zieloną herbatą.
Mongolia stoi otworem dla wszystkich tych, którzy chcą poznać jej egzotykę i piękno. Dostać się tam można bez trudu - samolotem, pociągiem (podróż trwa ‘tylko’ pięć dni), własnym samochodem – jak kto chce i jak komu pasuje. Chyba warto.
Dzisiejszą Gastrofazę, jak i poprzednie wydania tej audycji, można odsłuchać na stronie: KLIK.