Dwie zwięzłe informacje na początek: dzisiaj w hotelu prym wiodły kulinaria stosowane – to po pierwsze, a po drugie – spotkanie z AntyRadiowym kaowcem miało charakter ‘sam na sam z...’.
Gość – a w zasadzie gościówa – była wczoraj. Była i zachęcała bardzo mocno do odwiedzenia Szwajcarii, kusząc i namawiając na wszystkie możliwe sposoby do machnięcia się do tego małego kraju w wysokich Alpach. Tylko i wyłącznie z powodu braku czasu, kuchnia jako element kultury i zwyczajów narodu szwajcarskiego została zaledwie liźnięta, a nie dokładniej potraktowana. Fakt, trudno w ciągu dwóch godzin opędzić tak rozległy temat, nawet jeśli dotyczy on kraju… niezbyt rozległego, w sensie zajmującego niezbyt dużą powierzchnię. I chociaż do najbardziej wyrafinowanych w świecie nie należy, to kuchnia szwajcarska nie zasługuje na to, aby można było podejść do niej po macoszemu. Stąd dzisiejsze echo dnia wczorajszego.
Do garów stanął Paweł, a wraz z nim całe mnóstwo sympatyków eksperymentowania w kuchni. Na widelec wzięte zostały przede wszystkim dwa dania będące spécialité de la maison Szwajcarii – fondue i raclette. Dla przygotowania obu niezbędny jest ser, ale inaczej nie mogłoby przecież być. Wszem wobec i każdemu z osobna wiadomo, że Szwajcaria serami stoi. Ich produkcja jest tu niemalże narodowym przemysłem, a ilość gatunków występujących w szwajcarskiej rzeczywistości, idzie w setki.
Do przygotowania fondue, będącego niczym innym jak mieszanką stopionych w kociołku serów, z dodatkiem białego wina, kirschu, gałki muszkatołowej, białego pieprzu i czosnku (w swojej klasycznej recepturze), którą wygarnia się z niego kawałkami bagietki nadzianej na długie widelczyki, najbardziej nadają się dwa gatunki ‘szwajcara’ – emmentaler i gruyère. Ser należy stopić także, gdy chce się przygotować raclette i polać nim ziemniaki ugotowane w mundurkach, tudzież marynowaną cebulkę i korniszony. To danie z kolei, będące w dawnych czasach posiłkiem pasterzy, wymaga sera o takiej samej nazwie, jak potrawa.
Zarówno fondue, jak i raclette stają się bardzo modne i robią ostatnio furorę na różnych przyjątkach. Nie da się ukryć, jest coś przyjemnego w takim biesiadnym jedzeniu z jednego gara. Koniunkturę wyczuł już handel. W sklepach bez najmniejszych kłopotów można dostać specjalne ni to naczynia, ni urządzenia z podgrzewaczem, które wspomagają miłośników serów szwajcarskich w ich działaniach. Żadne specjalne ‘wynalazki’ nie są natomiast potrzebne, aby przygotować inne dania kuchni szwajcarskiej, które omawiał dzisiaj Paweł – rösti, czyli placki z tartych ziemniaków czy też zupę mączną. (sic!) Szczególnie ta polewka jest intrygująca – ot chociażby ze względu na swoją do bólu prostotę. Chyba w uznaniu zasług, że można zrobić ‘coś z niczego’ mając wszystko, zostanie wpisana do książki kucharskiej AntyFanów. Jako bida-zupa bogatej Szwajcarii.
I jeszcze słówko na temat kuchni szwajcarskiej jako takiej. Jest ona w gruncie rzeczy zróżnicowana, tak jak zróżnicowane są – pod względem kulturowym czy językowym – poszczególne kantony Szwajcarii, na które wpływ wywierają sąsiadujące z nimi kraje. To oddziaływanie widoczne jest także w kulinariach. Swiss cuisine czerpie pełnymi garściami ze zwyczajów niemiecko-francusko-włoskich.
I to by było na tyle. Dla przypomnienia – audycja została nagrana i wkrótce będzie możliwa do odtworzenia. Ściągnąć ją będzie można STĄD.