Temat do blablania nasunęło w zasadzie samo życie i wydarzenie, jakie miało miejsce kilkadziesiąt godzin temu. Oto bowiem wczoraj, Bronisław Komorowski – prezydent elekt, wybrany wolą większości mieszkańców pięknego kraju nad Wisłą, złożył uroczystą przysięgę i formalnie objął urząd prezydenta najjaśniejszej RP.
Dzisiaj w pięciogwiazdkowym hotelu AR z formułą all inclusive, za sprawą kaowca Lorocha, który z powodu doniosłej chwili miał lekką ochotę na wzniosłość, każdemu wolno było zostać głową państwa. To, że każdy mógł nią zostać – to za mało. Korzystając z tej niepowtarzalnej okazji, każdy mógł powymądrzać się co by zrobił, gdyby rzeczywiście wolą narodu został wybrany na ten stołek. Najwyższy w państwie, pełen lukratywnych przywilejów, przyjemnych obowiązków typu pokazywanie się tu i tam, reprezentowanie narodu za granicą (czyli podróżowanie po świecie i poznawanie ciekawych ludzi), ściskanie dłoni, robienie ‘misia’ z dygnitarzami, jak również tych poważniejszych – składanie podpisu pod dokumentami wagi państwowej, zatwierdzanie lub odrzucanie czegoś tam co wymyślił rząd i posłowie oraz gromada doradców, ułaskawianie, przypinanie orderów i odznaczeń do piersi wzruszonym do łez obywatelom, którzy na nie zasłużyli oraz oczywiście parę jeszcze innych.
Zrobiło się tak jakby kapkę politycznie na leżakach. Mądralińskie babci wnuczki (czytaj: goście hotelowi) z nawiązką wykorzystały sytuację, że mogą poczuć się przy władzy. Pobudzając wodze swojej bujnej (należy przyznać) wyobraźni wymyślały i cudowały, co by przez najbliższe pięć lat sprawowania najwyższego urzędu w państwie zrobiły dla dobra narodu - w pierwszej kolejności i za czas jakiś. Pomysłów miały mnóstwo. Były wśród nich bardzo ambitne, dotyczące chociażby podatków (nakładania, ale i znoszenia), kształtowania dobrobytu obywateli w szerokim tego słowa znaczeniu, wymierzania kary i pociągania do odpowiedzialności (najlepiej od razu stawiania przed Trybunałem Stanu), likwidowania nierówności i niesprawiedliwości społecznych. Były także mniej pompatyczne, wydawać by się mogło zupełnie normalne, ale i te niepozbawione były fantazji ułańskiej.
A tak w ogóle, to czy wielką rzeczywiście fuchą jest stołek prezydenta? Czy taki człowiek może czuć się ‘free as a bird’? On i Pierwsza Dama tudzież ich najbliższa rodzina? Dwudziestoczterogodzinny obstrzał, ciągle na cenzurowanym, ciągle pod kontrolą – zarówno w domu, jak i poza domem. I na ten temat toczyła się dyskusja. Niektórzy z gości chcieliby się ‘poświęcić’ i zostać głową państwa chociażby z powodu dożywotniej emerytury należnej prezydentowi. No cóż, mogą próbować... chcieć, ale dopiero za pięć lat.
A póki co mogą odtworzyć sobie przebieg blablania. Audycja została nagrana i wkrótce będzie możliwa do odsłuchania – KLIK.
|