Wróciwszy dopiero co na ojczyzny łono, AntyRadiowy włóczykij nie zdołał pozbyć się jeszcze smaków hiszpańskich, jakimi przesiąkł podczas urlopu. Nic więc dziwnego, że tkwiąc w nich po uszy, ‘zarządził’ na dzisiaj blablanie na temat tapasów.
To małe przekąski różniące się wielkością i smakiem, jakimi tubylcy i turyści mają możliwość oszukać głód, praktycznie o każdej porze dnia. W Hiszpanii wszystko może być tapasem – nawet garstka oliwek czy chipsów – to te najprostsze, chociaż oczywiście są i bywają bardziej ‘wypracowane’, z krewetkami, szynką, uszami świńskimi smażonymi w przyprawach i czym tam jeszcze w roli głównej. W niektórych barach hiszpańskich miast i miasteczek ilość zjedzonych tapasów rozlicza się przy pomocy… wykałaczek, jakie wetknięte są w te smakowite małe co nieco. Płaci się za tyle pinchosów, ile patyczków zostawiło się na talerzyku po konsumpcji.
Od hiszpańskich tapasów – przebitych wykałaczką lub jej pozbawionych – do polskich przekąsek, zaspokajających głód tubylcowi lub turyście, droga krótka. Bo wiadomo przecież, że – parafrazując klasyka – Polacy nie gęsi i swoje 'tapasy' vel przekąski mają. Nie muszą odgapiać od Hiszpanów pomysłu, co zaoferować głodnemu na ząb do kufla piwa czy szklanki soku. Takiego coś niedużego, na dwa czy trzy kęsy. Nie musi to być od razu nieśmiertelny oscypek z żurawiną, jajo faszerowane, śledzik (ten to raczej prosi się o coś mocniejszego, niż małopromilowe piwo) czy koreczki z sera, obłożone jakimś owocem czy warzywem.
Jako, że pomysłowość ludzka nie zna granic, to tworzyła się na antenie polska lista tapasów. Były na niej i pyry z gzikiem, i polskie na wskroś śliwki (chociaż węgierki) owinięte boczkiem i usmażone na chrupko, i krokiety, i niezwykle popularne w polskiej kuchni pieczarki czy też ‘francuz’, wyzwalający sobą niezwykłą kreatywność. Łatwiej byłoby wymienić, co na nią nie załapało się, a jest takie typowo polskie w smaku.