Pojawił się na gastronomicznej mapie Warszawy - a w zasadzie jej okolic, rok temu. W czasach przepełnionych kultem sushi, kebabów, tortilli, pizzy czy kaczki po pekińsku, poszedł pod prąd obowiązującym trendom i modom, dołączając do knajp serwujących dania kuchni staropolskiej, czyli jadło według sprawdzonych przepisów naszych babek i matek.
O czym mowa? O gościńcu Oycowizna w Magdalence, miejscowości w gminie Lesznowola przy trasie wylotowej z Warszawy na Katowice i Kraków. Trafić można tam łatwo, bo przybytek rzuca się w oczy swoimi rozmiarami i charakterystycznym wyglądem – to po pierwsze, a po drugie – jest dosyć znany, nie tylko okolicznym mieszkańcom. Jedyna trudność do pokonania to korki, jakie tworzą się czasami na odcinku do centrum handlowego w Jankach. Jeśli je się minie, to w zasadzie nie potrzeba więcej niż około pięciu minut, aby znaleźć się na miejscu, zasiąść przy stole i miło spędzić czas, pałaszując smakołyki z babcinej spiżarni. Co tu dużo mówić - trafił tam Paweł, to trafią i inni.
Restauracja jest ‘po byku’. Z zewnątrz wygląda jak ogromna, stara, wiejska chata słomą kryta. Przy niej jest dosyć duży parking, a ponadto spory ogród i zagroda z żywymi zwierzakami – jak to w wiejskim gospodarstwie bywa. Wewnątrz też jest... ‘wsiowo’, ale bez obaw, bo wcale nie chodzi o prymitywne i siermiężne warunki bytowania w niej, a o to, że z powodu charakterystycznego wystroju izb chaty (jest ich sześć), daje odczuć się w nich klimat domu rodem z polskiej wsi sprzed kilkudziesięciu lat. Restauracja ma także swoją własną bazę hotelową – do dyspozycji strudzonych jedzeniem i napitkami gości oddanych zostało trzynaście pokoi wyposażonych w wygodne łóżka i inne niezbędne rzeczy. W Oycowiźnie można zacząć biesiadować wieczorem, a skończyć wczesnym popołudniem... trzeciego dnia i niekoniecznie będąc gościem weselnym.
Naszego kulturalno-oświatowego rzuciło do Magdalenki zgoła znienacka, jako że poczuł on ogromną potrzebę porozmawiania z właścicielem Oycowizny – Jackiem Gralikiem o smakach, z jakimi można spotkać się w gościńcu. A spotkać się można z wieloma. Jest ich dużo, co może potwierdzić przebogata karta dań, zawierająca osiemdziesiąt pozycji! Są w niej i zupy – w tym biała polewka nigdzie indziej niespotykana, są wędliny pochodzące z własnej wędzarni, jest ogromny wybór mięsiw i wszelakich napojów do nich – z większymi lub mniejszymi promilami, a także tradycyjne staropolskie ciasta i desery. Dwa razy w tygodniu można poczuć smaki... wioski adriatyckiej, jako że zgodnie z zapotrzebowaniem gości, do menu wprowadzono owoce morza występujące w innych niż Bałtyk akwenach.
Z Oycowizny człowiek głodny raczej nie wyjdzie. Zgodnie z założeniami, obowiązującymi w restauracji, na talerzu ma być duuużo i dobrze, w sensie smacznie. O to drugie dba szef kuchni – Lech Bodzon, pozyskany z jednej z warszawskich renomowanych knajp. Gościniec nie ma menu lunchowego, bo tu nie wpada się jak po ogień. Tu ludzie przyjeżdżają spędzić czas, oddając się konsumpcji i słuchając sobie przy okazji muzyki na żywo. Na pamiątkę miłego pobytu w tym przybytku mogą kupić sobie w restauracyjnym sklepiku niektóre specjały kuchni staropolskiej - jak choćby swojską kiełbasę świeżo wędzoną. A tytułem rozchodniaczka adres strony internetowej, na której zawarte są wszystkie informacje dotyczące Oycowizny. Oto on: www.oycowizna.pl.
Dzisiejszy odcinek All Inclusive możliwy jest do odsłuchania TU.