Hi! What's up? Że niby co jest dzisiaj grane w Gastrofazie? Dzisiaj rodzinnie i po 'amerycku'.
W poniedziałkowy wieczór AntyRadiowe studio w Hard Rock Cafe odwiedziła ukochana siostra (kuzynka w sensie) Pawła Lorocha, emigrantka, mieszkająca od dziewięciu lat w Chicago – Karolina Dorre. A skoro tak, to nie mogło być o niczym innym jak o American dream – amerykańskim sposobie życia, raju przez wielu wyśnionym i wymarzonym, chociaż do tej pory nieosiągalnym. Co o życiu w Ameryce sądzi zamerykanizowana Polka, która piękny kraj nad Wisłą opuściła jako bardzo młoda dziewczyna - przez przypadek, niechcący, może z ciekawości – nieistotne zupełnie, tym bardziej, że ona sama nie wie, dlaczego wybrała się za ocean. Nie wyśniła sobie Ameryki tak jak większość Polaków, nie jechała tam z jakimś szczególnym nastawieniem (na lepsze jutro). Mało tego, kpiła z tych, którzy uważali, że tylko tam marzenia się spełniają, że tylko tam forsa leży na ziemi i wystarczy schylić się po nią i że tylko tam i nigdzie indziej nawet pucybut może zostać milionerem.
Jak teraz patrzy na ten kraj - wolny i demokratyczny 'do bólu', do którego każdego roku przybywają setki emigrantów, pragnących osiedlić się w nim na stałe? Zapewne żyje się tam lżej, jest ogólnie cudownie i różowo, wszystko jest takie proste, takie ułatwione. Amerykanie są wyluzowani, serdeczni i mili, spontaniczni w nawiązywaniu kontaktów (nawet w kolejce do kasy w supermarkecie – jeśli w ogóle taka się zdarzy), nie narzekają ciągle na brak forsy lub małą emeryturę (ale pracują – czuć codzienny pęd za pieniądzem), nie opowiadają bezustannie o swoich dolegliwościach – jak to jest w polskiej naturze.
Chicago, gdzie mieszka siostra Pawła, jest drugim po Warszawie największym skupiskiem Polaków (mieszka ich tam półtora miliona). Codzienny kontakt z Polonią można mieć (a i owszem), szczególnie jak mieszka się... hmm... ‘na jakimś Polaczkowie’ - jak twierdzi Karolina Dorre, ale nie po to w końcu emigruje się do Ameryki, żeby mówić po polsku i nie móc zachłysnąć się amerykańskością – cokolwiek miałoby to znaczyć w praktyce. Karolinie takie miejsca są oczywiście obce. Imprezy kulturalne, organizowane przez polską społeczność w Ameryce podlegają ostrej selekcji przez Polaków, czujących się Amerykanami 'pełną gębą'. Alternatywą zawsze może być impreza 'made in the USA' lub siedzenie w domu i oglądanie telewizji – amerykańskiej lub przez satelitę – polskiej. Karolina Dorre wie, że jest możliwość oglądania przynajmniej kilku polskojęzycznych kanałów. A poza tym, Polonia skupia się także w polskim kościele, ale nie wszyscy tam chodzą, niektórzy - ‘jak bardzo muszą’.
Wydaje się, że to, co dobre polskie jest jedynie w sklepach – oczywiście tych małych, polskich sklepach, których jest w bród w Chicago. Robi się tam drobne zakupy, bo normalnie lepiej jest wsiąść w samochód i podjechać do byle jakiego supermarketu (czynnego zazwyczaj na okrągło - przez całą dobę), w którym jest wszystko, a szczególnie mnóstwo dań typu ‘dodać wrzątku, zamieszać i podać na stół’. Do polskiego sklepu wyskakuje się co najwyżej po bułki i masło na śniadanie, po szynkę robioną w taki sposób, jak w kraju, po pierogi (nazywane ‘u nas’ pierogis – jak poucza Karolina Dorre). Aha, i po alkohol.
Na co dzień jada się na mieście, wybierając restaurację z kuchnią, jaka tylko przyjdzie na myśl. Jest dużo i tanio, smacznie ponoć też. W domu nie warto stać przy kuchni i gotować, posiłki celebruje się praktycznie jedynie od święta. Nie trzeba też spędzać wakacji w Europie – Ameryka pod tym względem jest samowystarczalna, a każdy z jej stanów to inne atrakcje i inny dreszcz (rozkoszy). I paszport nie jest do tego potrzebny.
Wszystko w tej Ameryce jest, tylko... kefiru brak. No i tęskni się za rodziną. Hmm... cóż, od dawna wiadomo, że zawsze jest ‘coś za coś’... American dream czy szara polska codzienność – każdy wybiera po swojemu.