A przy tym młoda i fajna. To określenia, jakimi obdarzony został swojego czasu dzisiejszy gość Pawła w Gastrofazie. Była nim dziennikarka radiowo-telewizyjna (bardziej radiowa, niż telewizyjna, jako że to medium bliższe jest jej sercu), która może poszczycić się ponad 30-letnim stażem zawodowym. Jej głos rozpoznają tysiące słuchaczy radiowej Jedynki.
Mowa o Marii Szabłowskiej, ostatnio procesującej się ze swoim byłym pracodawcą – Polskim Radiem, z którego musiała odejść (została do tego niemalże zmuszona) z powodu tegoż ‘haniebnego’ stażu pracy przy mikrofonie. W oczach wiceprezesa publicznego radia była bowiem jednym ze ‘złogów gierkowsko-gomułkowskich’ (a fe, co za ohydne, uwłaczające ludzkiej godności stwierdzenie!), którego należało się natychmiast pozbyć. W tej chwili można ją zobaczyć i usłyszeć w telewizji, gdzie razem z Krzysztofem Szewczykiem – swoim medialnym mężem – prowadzi Wideotekę Dorosłego Człowieka. To program, w którym odkurzają pamięć telewidzów, przypominając największe gwiazdy muzyki polskiej i zagranicznej minionych lat, opowiadają o muzyce, która nigdy nie uległa zapomnieniu - bo nie można o niej zapomnieć, bo nigdy się nie zestarzała i smakuje tak, jak dobre wino – im starsza, tym lepsza.
Arabistka z wykształcenia (dyplomowana z prasy egipskiej) praktycznie nigdy nie pracowała w swoim zawodzie, bo tak jakoś od razu - w dużej mierze przez przypadek - została dziennikarką muzyczną. Po arabsku też już nie mówi, wiadomo - język nieużywany, jest językiem zapomnianym. W czasach, gdy studiowała, na stypendia do krajów arabskich mogli jeździć tylko mężczyźni, jako że Arabowie nie życzyli sobie kobiet u siebie, a wydaje się, że nauka języka ma tylko wtedy sens, gdy pojedzie się do kraju, którego języka się uczy.
Maria Szabłowska kocha muzykę. W swoim życiu wysłuchała wielu koncertów i była świadkiem wielu wspaniałych wydarzeń muzycznych, które wywarły na niej mniejsze lub większe wrażenie, ale doznaniem nie do zapomnienia, największym – jak twierdzi - jest koncert kapeli The Who w Kopenhadze na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Uwielbia Micka Jaggera – ot, tak za całokształt, ale ponad wszystko ukochała sobie Elvisa Presleya (tę miłość wyssała chyba z mlekiem matki). Dzięki królowi rocka, który jest jej absolutnym idolem, nauczyła się angielskiego - chciała rozumieć, o czym śpiewa. Swoje uczucia do Elvisa przelała na papier, pisząc o nim książkę (Elvis – amerykański sen). Przeżyciem nie do zapomnienia było też goszczenie u siebie w domu, na małej bibce... Animalsów. Tę wizytę Erica Burdona i pozostałych członków kapeli w domu na Saskiej Kępie, w zamierzchłych latach sześćdziesiątych, zawdzięcza Wojtkowi Mannowi i Andrzejowi Olechowskiemu, którzy po koncercie, spontanicznie ściągnęli ich do niej. Tylko ona miała ku temu warunki i... bardzo liberalną mamę.
Na równi z muzyką, blisko jej serca jest także radio. To jej pasja. W studiu Gastrofazy, gdy założyła słuchawki na uszy i mogła mówić do sitka, urosły jej skrzydła. W zamiłowaniu do radia nie ma nic dziwnego. Nie ona pierwsza postrzega w nim cudowną magię i coś niepowtarzalnego. Mówienie do mikrofonu bardzo uzależnia, a świadomość tego, że znajduje się adresatów swoich słów i nie trafia się w próżnię, jest największą przyjemnością i satysfakcją. W radiu prowadziła różne audycje i o różnych porach – nawet nocą (te nocne bardzo lubiła). Jako reporterka radiowa jeździła też z mikrofonem po świecie – chociażby na targi Midem do Cannes.
‘Warta jest tyle złota, ile waży’ – jak powiedziała o Marii Szabłowskiej Krystyna Kofta. I chociaż waży niewiele (siłownia, zdrowe odżywianie, narty), to warta jest o wiele więcej. Dobrze, że nie została arabistką, tylko dziennikarką muzyczną. :)
Tę Gastrofazę, jak i poprzednie wydania, można odsłuchać na stronie: KLIK.