Wydziarani faceci, wydziarane dziewczyny, ba – wydziarane ryczące pięćdziesięciolatki... W dzisiejszych czasach to widok powszechny na ulicach miast każdej szerokości geograficznej i już raczej nikogo nieszokujący. Lubimy się ozdabiać, a pociąg do upiększania własnego ciała nie jest pomysłem ostatnich kilkudziesięciu lat. Wielu kulturom jest on znany od dawna, zarówno tym bardzo, jak i mniej cywilizowanym.
Dzisiaj przy stole z powyłamywanymi nogami miejsce zajęli przede wszystkim mroczni rycerze Mroku - płci obojga, których ozdabianie ciała rysunkami rozmaitymi kręci na maksa. Same malunki to mały pikuś. Często-gęsto dochodzą do nich ozdóbki typu kolczyk, wbijany w język, nos, wargę, pępek, policzki, uszy (trzeci czy piąty z kolei) i gdzie tam jeszcze popadnie, bo takich miejsc na ciele, idealnych do machnięcia sobie coś dla szpanu, mody, urody, buntu, ‘odnotowania’ jakiegoś faktu z życia na wieczną rzeczy pamiątkę lub po prostu lepszego (własnego) samopoczucia - jest mnóstwo.
Było gorąco (w sensie zażarcie), bo powszechność zjawiska powszechnością, ale body tatooing czy piercing nie we wszystkich znajdują entuzjastów. Niektórzy uważają, że mają tak piękne ciało, że szkoda byłoby po nim mazać. Są i tacy, którzy po prostu nie lubią tatuażu, nigdy ich nie korciło, żeby sobie coś wymalować na ciele – ni to malusiego motylka nad piersią, żmijki, kwiatuszka czy rybki na udzie lub łydce, czy też paru liter zapewniających o gorącej miłości w miejscu... powiedzmy poniżej pasa. No bo po co? Po co w ogóle i po co w kontekście wizji zwiotczałego na starość ciała upstrzonego tatuażem, którego nie szło usunąć, gdy już się opatrzył. To ozdóbka praktycznie na całe życie. Niektórych te upiększacze wręcz odrzucają, szczególnie gdy rozlane są po całym ciele, od stóp po głowę, bez umiaru i bez... centymetra kwadratowego skóry, który nie byłby tknięty ręką tatuatora uzbrojonego w specjalne narzędzie ‘tortur’ z wypełniaczem. Chodzące ‘pisanki’...
Jeśli nawet tatuaże nie odrzucają i nie przeszkadzają, to... bolą. Nie da się ukryć, dziaranie jest bolesne, chociaż niektórzy właśnie w tym bólu upatrują ekscytującą przyjemność. Ach! Sprawiają rozkoszny ból i uzależniają, fascynują zarówno tatuatora, jak i tatuowanego. Potwierdził to wszystko dzisiejszy gość Pawła – Paweł Łukasz Siwochowicz, znany także w niektórych kręgach jako... Zwierzę (pieszczotliwy przydomek nadany mu przez koleżanki ze studia, upiększającego ciało tatuażami). Kim jest? Profesjonalnym tatuatorem, spełniającym na co dzień zachcianki i kaprysy swoich klientów, odwiedzających jego studio na warszawskim Ursynowie.
Nie jest ot takim zwykłym chałturnikiem, który wyczuł koniunkturę nakręcaną m.in. programami telewizyjnymi czy innymi zjawiskami rodem z szołbizu czy sportu. Można o nim powiedzieć, że to prawdziwy artysta. Artysta pełną gębą, wiedzący czego chce, przygotowany ‘naukowo’ do wyrażania swoich fascynacji i wrażeń artystycznych (absolwent Instytutu Sztuk Pięknych Uniwersytetu Zielonogórskiego), cały czas doskonalący swój warsztat. Prawda taka, że malowanie na ciele szlaczków, mniej lub bardziej wymyślnych obrazków, wielowarstwowych i wielokolorowych figur (każdy kolor można wbić w skórę) to wyższa szkoła jazdy.
Tatoo może być sztuką. W wykonaniu gościa Pawła zapewne jest - zdaniem wielu, którzy chcą powierzyć mu swoje ciało do dekoracji. Voila: KLIK. Czy te obrazki nie są zgodne z jedną z zasadą tatuażu - fit & flow, polegającą na tym, że ma on pasować i ruszać się razem z ciałem? W co ludzie idą (w sensie co jest modne), gdzie z zasady nie tatuuje, czego nigdy i komu nie wydziara, czym się zajmuje poza tatuażem – o wszystkim tym można było dowiedzieć się, przycupnąwszy przy stole bez nóżek. Komu nie udało się wysłuchać (a chciałby), niech nie rwie włosów z głowy, tylko klika TU.