Do stołu, co nóg nie ma, przysiadł się dzisiaj warszawski restaurator, stawiający pierwsze kroki w szołbizie. Gwiazdorem telewizyjnym pełną gębą jeszcze nie jest, ale... wszystko przed nim. Kamera go lubi, on lubi kamerę, ponoć fajnie się go ogląda – cóż więcej potrzeba? Kto zacz i gdzie go można zobaczyć? O tym trochę później. Najpierw odnotować należy inne rzeczy, które zaistniały w dzisiejszym wydaniu Stołu Z Powyłamywanymi Nogami. Porządek musi być, chociaż to postmodernistyczne pasmo poszukiwaczy przygód, potrafiące iść ‘pod prąd’ i odcinające się od wszelakich konwencji.
A co się zdarzyło? Przede wszystkim objawił się nowy podkład muzyczny. Ku wielkiej radości Pawła znacznie rozszerzona została dźwiękoteka audycji. Dzisiaj dało się słyszeć delikatny szum wodospadu oraz subtelne brzmienie harfy. Jedno i drugie koiło stargane nerwy i odwracało uwagę od szarugi za oknem. Ona to właśnie była głównym powodem niezbyt dobrego samopoczucia Pawła. Dopadł go katar i kaszel, a wiadomo, że dla rasowego faceta – w dodatku trochę rozpieszczonego przez rozhisteryzowane fanki - to dopust Boży.
Potrzebne były pomysły i dobre rady na gwałtowne ozdrowienie, najlepiej te z zakresu terapii bardzo niekonwencjonalnej. Babcine patenty typu gorące mleko z miodem, czosnkiem i masłem albo napar z lipy, syrop z cebuli, rosół z ‘prawdziwej’ kury, herbata wzmocniona 'prądem' czy całkiem przyjemna w smaku nalewka malinowa - też ostatecznie wchodziły w grę. Ostatecznie, bo dla osiągnięcia stanu zdrowotności, Paweł gotów był poddać się nawet szarlatańskim zabiegom współczesnych znachorów i największym zabobonom – z wyjątkiem smarowania się psim sadłem. W tym przypadku na samą myśl... ach, może lepiej nie mówić, co by się działo. Nie przy stole.
‘Pan kotek był chory i leżał w łóżeczku...’. Coś w tym jest – przeziębienie należy wyleżeć. Większość dobrych rad sprowadzała się do ułożenia kaszlącego i zasmarkanego Pawła pod pierzynkę, aby wygrzał się do siódmych potów. Według płci pięknej wywołać je może masaż stóp ‘od strony podbicia’ (chętne ręce zawsze się znajdą), wymoczenie nóg we wrzątku z solą i nałożenie na nie skarpetek (najlepiej wełnianych) albo – bardziej postmodernistycznie – przed tymi wełnianymi, skarpetek bawełnianych, które namoczone zostały wcześniej w zimnej wodzie (sic!). Ponoć skutek (czytaj: całkowite ozdrowienie) natychmiastowy...
Faceci doradzali Pawłowi po męsku – okład z młodych, kobiecych piersi (sauté, bez potrzeby jakiegokolwiek ich przygotowywania) lub ziarnko pieprzu... położone na brzuchu współlokatorki łóżka i rozcierane brzuchem chorego do czasu, aż pieprz przybierze postać proszku. Okazuje się, że można pogodzić te wszystkie metody, idąc niejako na skróty. Sprawę załatwiają trzy słowa: aspirynka, pierzynka, dziewczynka. A wpadła na to znająca się na rzeczy kobieta, panie Janie kochany.
Pora wrócić do dzisiejszego gościa i ujawnić kim jest. Ladies and Gentlemen – oto Piotr Przykaza, restaurator i wschodzący gwiazdor kulinarnego szołbiznesu, który uważa, że każdy ma w sobie chęć zaistnienia na srebrnym ekranie, choćby na chwilę. Sam o tym marzył od dawna, mając wyjątkowe parcie na szkło, ale do TV trafił przez przypadek. Uważa to za zrządzenie losu. Ot, ktoś tam zadzwonił do niego, zaproponował autorski program, a że ładny jest (cukierkowata uroda z buzią cherubinka, ciemno blond kędziorki oprószone małym ‘szpakiem’), zna się na gotowaniu (kto by się nie znał prowadząc interes rodzinny w postaci sześciu restauracji), z kamerą jest za pan brat, a w studiu telewizyjnym czuje się jak ryba w wodzie – to i nie zastanawiał się wcale. Zrzucił parę kilo zgodnie z wymogami realizatorów i zaczął prowadzić w kuchni.tv swój autorski program pod tytułem... Jak Piotr Przykazał (odrobina megalomanii nikomu jeszcze nie zaszkodziła, a co!). Trochę w nim gotuje, ale przede wszystkim pokazuje, że życie restauratora nie jest usiane różami, ma swoje jasne i ciemne strony, a momentami jest ciężką robotą i niekończącym się pasmem kłopotów z kucharzami, kelnerami i upierdliwymi konsumentami. Ech, to życie...