Przygotujcie się, bo dziś naprawdę egzotyczna wycieczka. Panowie Witold 'Vito' odrobina i Przemysław 'Jah Jah' Frankowski zabrali nas do Kenii na spotkanie z Masajami i nie tylko. Zobaczcie zresztą sami...
W pierwszej godzinie w studiu Antyradia-Machiny mieliśmy doskonałego przewodnika. Był nim James Sewe Ofwona, Kenijczyk, absolwent SGGW, od kilkunastu lat w Polsce. Dostaliśmy zatem garść informacji z pierwszej ręki o Kenii i zamieszkującym ten teren koczowniczym plemieniu Masajów. Zajmują się głównie chowem bydła, kóz i owiec, zmieniając okresowo miejsce swojego pobytu w poszukiwaniu lepszych pastwisk.
Warto uświadomić sobie, że Masajowie to nie przebierańcy. To nie polscy górale, którzy od święta zakładają tradycyjne stroje i wykonują ludowe pieśni. To afrykańskie plemię naprawdę w ten sposób żyje. Także czerwone ubrania nie są przypadkowe. Kolor ten odstrasza lwy, tylko potrzeba, jak to ustalono w studiu, przynajmniej trzech Masajów ubranych w ten sposób. Jedzenie również niewiele się zmieniło na przestrzeni lat. Masajowie żywią się głównie mięsem, a piją mleko, które jest mieszane ze zwierzęcą krwią, co sprawia nie tylko, że jest ono bardziej odżywcze, ale także nie psuje się.
O tym, jak bogata kulturowo jest Kenia świadczy fakt, że żyje tam około 40 różnych plemion, z których każde ma własny język i obyczaje. Wspólnym językiem jest dzięki temu angielski i suahili, natomiast ciężko mówić o "wspólnym języku" między poszczególnymi plemionami. Może niezbyt to miłe, ale po prostu nie ma między nimi zgody. Nie jest to konflikt w stylu Tutsi i Hutu, ale lepiej nie brać za żonę kobiety z innego plemienia, bo może to drogo kosztować (dosłownie).
Oczywiście pasterze bydła to nie 100% ludności w Kenii. Są strefy, gdzie żyje się tradycyjnie, ale istnieją też miasta, jak stolica - Nairobi z prawie 3 mln mieszkańców. Rząd stara się nawet "ucywilizować' Masajów zachęcając ich do osiedlenia się i uprawy ziemi, jednak to wbrew ich zwyczajom, a tak na siłę nie da się tego zmienić.
Na koniec swojej wizyty James Ofwona opowiedział jeszcze jak trafił do Polski. Na początku lat 90. miał szanse wyjazdu do któregoś z krajów bloku socjalistycznego. Wybrał nasz, bo widział tu najwięcej demokracji, a do tego namawiał go sam Lech Wałęsa, człowiek znany i bardzo szanowany w Kenii. Przy okazji znalazł w Polsce żonę i tak już został. Jednak cały czas tęskni za ojczyzną, chce tam pomagać, czym także, jak się okazało, zajmuje się polski rząd. Dzięki inicjatywie naszych władz zastała zbudowana szkoła w Kenii.
Na początku drugiej godziny chwila na odczytanie maili od słuchaczy, a właściwie słuchaczek, które strasznie były ciekawe czy czarne wyszczupla oraz jak to jest z tymi afrykańskimi rozmiarami prezerwatyw. Na to drugie pytanie Vito i Jah Jah mieli przygotowaną odpowiedź eksperta z firmy produkującej tego typu środki antykoncepcyjne. Nie wyjaśnił on jednak za dużo. Wspomniał o jakichś badaniach certyfikujących, ale kto, co i komu mierzy nie chciał powiedzieć.
Dzika Afryka ciągle istnieje, nawet w tych najbardziej rozwiniętych krajach Czarnego Lądu, jak mówił ekspert-afrykanista, trzeba ją tylko odnaleźć niczym XIX-wieczni odkrywcy. Jej część znaleźć można także w Warszawie w Galerii Cudów Świata, gdzie można obejrzeć, a nawet zamówić sobie afrykańskie rękodzieła nawet tak wyszukane, jak hebanowy (no cheba, że nie stary) nosorożec.
Czarna Afryka ma też "czarne" oblicze. Organizowane są nielegalne polowania na gatunki będące pod ochroną, na lwy, słonie afrykańskie, nosorożce czarne. Żądni krwi i mocnych wrażeń bogacze płacą grube pieniądze żeby móc sobie postrzelać. Równie głupie jest wytwarzanie ozdób z części tych zwierząt. Żeby wydłubać coś z ciosów słonia, trzeba go najpierw po prostu zabić, a wszystkim tym kieruje tylko chęć łatwego wzbogacenia się. Smutną prawdę zaprezentowali nam redaktorzy Antyradia-Machiny... z muzycznym komentarzem Killing In The Name Rage Against The Machine.