Knedliki z duszonym mięsem w zawiesistym sosie, zimne piwo oraz wino w odpowiedniej temperaturze królowały dzisiaj przy stole z powyłamywanymi nogami. W sytuacji saharyjskich upałów, jakie nawiedziły niespodziewanie piękny kraj nadwiślański szczególnie dwie ostatnie pozycje ‘menu’ były strzałem w dyszkę jako jeden z motywów audycji, chociaż nie do końca afrykański żar z nieba lejący się był głównym powodem blablania na temat smaków czeskiej kuchni - w tym dobrze schłodzonego piwa.
Przyczyną był… Paweł, który wrócił był właśnie z krótkiej podróży do stolicy naszych południowych sąsiadów. Pojechał tam ‘rozpoznawczo’ i w zasadzie liznął zaledwie parę smakowitych kęsków z tego, co miasto ma do zaoferowania turystom. A trzeba przyznać, że ma dużo – to po pierwsze, a po drugie – jest przygotowane na najazd odwiedzających je gości. Każdy z nich jest w stanie znaleźć tu hotel odpowiadający mu cenowo, każdy z łatwością oszuka w nim głód, każdy w końcu zadowoli się atrakcjami, będącymi wizytówką tego malowniczego i pełnego swoistej magii miasta.
A skoro do tablicy wywołana została kuchnia czeska, to należy jej się parę słów… prawdy. Szczerze trzeba przyznać, że nie należy do najbardziej wyrafinowanych w świecie. Niczym szczególnym nie wyróżnia się, jest całkiem zwyczajna, ot nie powala. Przejęła bardzo dużo z kuchni węgierskiej, niemieckiej i austriackiej, co wydaje się być tak jakby oczywistą oczywistością wziąwszy pod uwagę położenie geograficzne kraju nad Wełtawą i zawieruchy historyczne jakie przeżywał. Dużo w niej mięsa w zawiesistych sosach, które podawane jest z wszechobecnymi knedlikami – dobrem narodowym Czechów, będącym po prostu bułą ugotowaną na parze. Dużo w niej także kminku (co niektórych przeraża) i nie mniej serów w różnych postaciach. Są smażone - wzbogacone wcześniej panierką - mające zadowolić obiadowo wegetarian, są mocno pachnące ‘inaczej’ (czytaj: walące nie do wytrzymania w nozdrza) i chodzące niemalże po talerzu – podawane głównie do piwa, są marynowane – w oleju z dodatkiem czosnku i ziół, robiące za wybitnie czeską specjalność, której nie sposób nie zauważyć w gospodach obok chociażby utopenców.
Wszystkie te smakołyki idealnie idą z piwem, o którym nie można nie wspomnieć, gdy blabla się o kuchni czeskiej. W kraju nad Wełtawą złocisty płyn pije się hektolitrami, obowiązkowo do każdego dania – nawet do jajecznicy z knedlikami, serwowanej na śniadanie (sic!). Czesi uważają piwo za swój napój narodowy. Produkcja i picie ‘złotego nektaru’ to po prostu część czeskiej wielowiekowej tradycji i kultury. Ale – jak się okazuje – potrafią warzyć nie tylko piwo. Robią też całkiem niezłe wino.
Fakt ten potwierdził dzisiejszy gość stołu nóżek pozbawionego, który na winie zna się jak mało kto i dużo na jego temat potrafi powiedzieć. To Tomasz Prange-Barczyński, dziennikarz, krytyk i konsultant winiarski, jeden z założycieli magazynu Wino, a od paru lat jego redaktor naczelny. Mając perfekcyjnie wyczulone kubki smakowe i odpowiednie predyspozycje intelektualne (sic!) doskonale wyczuwa wszystkie nuty i bukiety wina oraz niuanse dotyczące tego szlachetnego napoju.
Winem interesuje się od dawna, lubi je pić (nieraz wypluwa, ale na tym polega jego zawód) i nie ma takiej opcji, aby mu się znudziło jako napój. Dzisiaj uświadamiał i oświecał mniej zorientowanych w dziedzinie wina biesiadników, którzy zgromadzili się przy stole bez nóżek, obalając m.in. niektóre mity boskiego napitku dotyczące. Jak chociażby ten, że... uwaga, będzie hardcore'owo... ‘wino im starsze, tym lepsze’. I kto by pomyślał, że jest przeważnie na odwrót!
Dzisiejszy Blat można odsłuchać i w szczegółach wszystko zgłębić, co padło na antenie. KLIK – i problem z głowy.