Dzisiejsza Gastrofaza przebiegała w klimacie dyni i była pełna jej smaku.
W studiu zrobiło się wściekle pomarańczowo-żółto niejako za sprawą... Adrianny Ewy Stawskiej - gościa Pawła, zauroczonej tym ni to warzywem, ni owocem, z którym można zrobić wszystko, a przynajmniej wiele. W Polsce ta wielgachna jagoda (sic!) - bo tak klasyfikuje się w botanice dynię - wydaje się być niedoceniana, trochę zapomniana, trochę ignorowana, a przecież jest niezwykłym warzywem – niskokaloryczna (w 100 g tylko 32 kcal), a jednocześnie bardzo sycąca, o wysokiej zawartości odżywczej, bogata w witaminy (głównie z grupy B) i minerały, dająca siebie wykorzystać w kuchni na wiele sposobów. Na talerzu, w zależności od pomysłowości kucharza, może być samodzielnym daniem, dodatkiem do niego lub deserem. O jej walorach dekoracyjnych już się nie wspomina. Razem ze swoimi kuzynami z rodziny dyniowatych – kabaczkiem, patisonem, kawonem i cukinią należy do najbardziej ozdobnych spośród dostępnych w Polsce warzyw.
Te wszystkie 'plusy' dyni spowodowały, że Adrianna Ewa Stawska – dziennikarka, publicystka kulinarna, autorka książki kucharskiej o kresowej kuchni Podlasia, a ostatnio... debiutanckiego kryminału Śmierć w klasztorze, przybyła do Gastrofazy trochę ją obgadać i pobudzić jednocześnie kubki smakowe Pawła przyniesionymi przez siebie, własnoręcznie przyrządzonymi smakołykami z dyni – pikantnym risotto na sposób wschodni, inspirowanym kuchnią arabską, jarską lazanią oraz plackiem dyniowym na 'kruchym cieście leniwej gospodyni'. Farfale z rydzami, zbieranymi w podsiemiatyckich lasach, aczkolwiek nie mające smakowo nic wspólnego z dzisiejszą bohaterką Gastrofazy - dynią, wpisały się kolorystycznie w tę biesiadę i były smakowitym jej bonusem. Adrianna Ewa Stawska swoje zamierzenia zauroczenia Mistrza wypełniła perfekcyjnie – 'ochom' i 'achom' nie było końca, słów mu brakowało, aby oddać nimi wszystko to, co widział, czuł i czego dotykał. Należy przyznać, że co jak co, ale wyrażać zachwyt Paweł potrafi wyjątkowo...
Słów kilka na temat Pani Dyni, zwanej po staropolsku... banią. Pochodzi z Meksyku, na świecie znana jest od tysięcy lat, występuje w ponad pięćdziesięciu odmianach. W Polsce znaczenie w uprawie mają trzy jej gatunki – zwyczajna, olbrzymia i piżmowa. Obłędny, pomarańczowo-żółty kolor miąższu – tak bardzo poprawiający humor - nadaje dyni beta karoten, który organizm przerabia na witaminę A. Dynia ma go całe mnóstwo, a mimo gotowania i obróbki termicznej nie traci tej prowitaminy. Trzeba pamiętać, iż ten naturalny barwnik i antyutleniacz jest prawdziwym lekarstwem... na całe zło.
Do wykorzystania w kuchni, poza samym miąższem owocu, który jest traktowany jako warzywo, nadają się kwiaty dyni oraz pestki. Te ostatnie, ze względu na właściwości lecznicze, polecane są szczególnie dla panów - uzdrawiają niektóre ich schorzenia. Można powiedzieć, że dzięki wysokiej zawartości cynku, bardzo dobrze – prozdrowotnie - wpływają na... męskie klejnoty i na... hmm... jurność. I kto by pomyślał, że pomarańczowo-żółta dynia to afrodyzjak... Preparaty z pestek dyni wskazane są właściwie i dla mężczyzn, i dla kobiet. Olej w nich zawarty zawiera bowiem tokoferol, czyli witaminę płodności. Co prawda, trudno go pozyskać, bo szybko się utlenia, ale jest dostępny w handlu. Ma ciemnozieloną barwę i jest bardzo intensywny w smaku. Można go wykorzystywać do sałatek i dressingu.
Miąższ, kwiaty, pestki, olej – wszystko dobre, wszystko do wykorzystania w kuchni. Czyż nie należy cenić tego przebogatego i zdrowego warzywa? Trzeba. Należy cenić dynię i korzystać z okazji, póki czas. Właśnie teraz ma swoje najlepsze dni – szczytuje i w tym stanie pozostanie mniej więcej do połowy listopada.