Dziś, w ramach piątkowego seansu filmowego, temat nie najlżejszy. Polskie kino kojarzy nam się głównie z komediami romantycznymi albo lekturami na ekranie. Może rzeczywiście nie najlepiej z nim, skoro w marcowej Machinie na próżno szukać recenzji polskiego dobrego filmu. Sprawę zbadali Witold 'Vito' Odrobina i Przemysław 'Jah Jah' Frankowski.
Może po emisji w HBO w paśmie niekodowanym o 22:25 jutro (24. marca) filmu Michała Rogalskiego "Śląski interes" pojawią się jakieś entuzjastyczne recenzje. Jest to dokument o dziewczynach tańczących w śląskich klubach go-go, a jego młody reżyser był przez pierwszą godzinę gościem w studiu Antyradia-Machiny. Cała trójka próbowała znaleźć odpowiedź na pytanie dlaczego kino polskie wygląda tak jak wygląda.
Czasem to może być po prostu proza życia. Jak potrzeba pieniędzy na rodzinę, to czasem trzeba odstawić na bok ambitne produkcje i zająć się kręceniem reklam albo takich filmów, które ludzie masowo będą chcieli oglądać. Sam Rogalski powiedział, że otworzy szampana, kiedy wreszcie zobaczy nowy, dobry, polski film. Nowy, no bo kiedyś to się kręciło fantastyczne filmy w Polsce. Ich specyfika wynikała jednak z działalności cenzury. Łatwo było cenzorowi usłyszeć i wyciąć jakiś nieodpowiedni tekst, ale trudniej sobie poradzić z obrazem. Dlatego reżyserzy, chcąc przemycić jakieś nieprawomyślne treści, częściej odwoływali się do inteligencji widza nie mówiąc wszystkiego wprost.
Przyczyna jakości filmów jest również taka, że generalnie ambitne kino ciężko jest wydać. Chodzą ludzie ze scenariuszami przez kilka lat, aż wreszcie ktoś zdecyduje się wyłożyć pieniądze na 30 dni zdjęciowych. Tak to u nas wygląda. Michał Rogalski zapytany jeszcze został, dlaczego akurat te śląskie familoki pokazuje. To przypadek - powiedział - akurat tu był taki temat, to tu pojechał. Może coś jednak jest w tym Śląsku, dużo ludzi, dużo kontrastów, więc i dużo takich "życiowych tematów". Górnicy po pracy wolą pójść do lokalu z ładnymi paniami, niż do domu z już nie tak ładnymi żonami. Takie "zagłębie rury" mamy w Polsce... rury do go-go.
Młodą scenę reprezentował także Daniel Konrad, młody reżyser z OFF Filmu, którego redaktorzy Antyradia-Machiny zapytali o początki jego przygody z filmem. Przy pierwszym filmie było ciężko, przynajmniej tak mu się wtedy wydawało. Później okazało się, że właśnie ten start, gdy pracuje się z kumplami jest najprostszy. Kiedy kręci się większe produkcje, to dochodzą wszystkie logistyczne problemy związane z zorganizowaniem ekipy filmowej i inne przyziemne sprawy, które przeszkadzają w skupieniu się na artystycznej wizji. Sprawia to, że część filmowców trzyma się tej krótkometrażowej formy, bo poważniejsze przedsięwzięcia ich przerastają.
Prawdę o polskim kinie opowiedział także Konrad Niewolski, reżyser m.in. Palimpsest, a scenarzysta np. Symetrii. To wielkie produkcje rozkładają polskie kino. Produkcja, na które z ministerstwa, albo z innych publicznych źródeł idą grube miliony, a połowa, a może i więcej gdzieś się rozpływa. Najlepiej, jak dekoracje się palą, wtedy sklejkę księguje się jako heban i zarobek jest jeszcze przed wypuszczeniem filmu do kin.
Druga sprawa, o której Konrad Niewolski mówił, to tematyka naszych produkcji. Niestety, wciąż kręci się filmy "o tym biednym górniku, który dziecko znalazł w rowie", smutne, patetyczne, ale często i nijakie. Czasem odnosi się wrażenie, że ich jedynym celem jest pokazanie widzom, że są jeszcze ludzie w Polsce, którzy mają gorzej. Nikt nie chce - mówił Konrad - oglądać dziś filmów o Stoczni Gdańskiej albo o Katyniu. Martyrologiczna formuła się ludziom przejadła, ale pewnie na właśnie takie filmy znajdą się środki z ministerialnej kasy.
Mocnym, ale jednocześnie szczerym do bólu komentarzem jest tu mail wysłany z komórki przez pewnego słuchacza, który pisał, że gdyby te katyńskie trupy wstały i zaczęły wyżerać mózgi miejscowej ludności, to na taki film by poszedł.