Poniedziałek nie obył się bez kłopotów. Z powodów technicznych, nie chciała zadziałać poczta elektroniczna (uruchomiono zastępczą, na ten jeden wieczór antyradiomachina@poczta.fm), planowany gość nie przyszedł do studia i last but not least, nie było Przemysława „Jah Jah” Frankowskiego! Jak my nie lubimy poniedziałków! Ale damy radę! Osamotniony na placu boju, Vito Odrobina przywitał nas dzielnie w dzisiejszej Machinie. Audycja poświęcona była filmowi, tak więc światła powoli gasną, a my podążamy się w otchłani obrazu i dźwięku. Porozmawialiśmy sobie o nie tak dawno zakończonym XXXII. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Złote Lwy Gdyńskie dla najlepszego filmu odebrał Andrzej Jakimowski za obraz "Sztuczki". Zainteresowanie wzbudził i nagrodę za główną rolę kobiecą (Danuta Szafarska) dostał film „Pora umierać” Doroty Kędzierawskiej.
O dziwo, obyło się bez skandali obyczajowych. Jednym z gości festiwalu był znudzony, ziewający, zasypiający Paweł Małaszyński – pseudo-aktor, któremu mylą się regiony, w których grał role w serialu „Twierdza szyfrów”. Dolny Śląsk czy Górny, wszystko mu jedno. Czy Paweł uczył się geografii w szkole?
Bolączką polskiej kinematografii są często źle napisane i niedokończone scenariusze, które psują ogólny efekt dzieła. Współczesne kino polskie ciągle jeszcze nie jest wystarczająco ciekawe dla widza. Wręcz nie mamy co pokazać następnym pokoleniom . Mamy nadzieje, że wkrótce nasza kinematografia się zmieni na lepsze i w końcu coś drgnie.
Miał być film fabularny o polskich politykach. Agnieszka Holland przymierzała się nawet do stworzenia takiego obrazu, jednak brak funduszy nie pozwolił na realizacje tego pomysłu. Przypominamy, że póki co, mamy serial political fiction tejże reżyserki – „Ekipa”.
W gronie polskich filmów wartych obejrzenia – wg słuchaczy – znalazła się produkcja Bogusława Lindy „Jasne błękitne okna”, „Świadek koronny” Jarosława Sypniewskiego, Jacka Filipiaka i Michała Gazdy, „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” Marka Koterskiego, czy „Skazany na bluesa” Jana Kidawy-Błońskiego. Za to Czesi nie za bardzo lubią swoje rodowite produkcje filmowe – zarzucają im monotonność i mnogość wątków. Nie bez kozery przyjęło się w Polsce określenie filmu (i nie tylko), w którym nie wiadomo o co chodzi - "Jak w czeskim filmie".
|