Wybór zajęcia na całe życie to wcale nie taka łatwa decyzja. Ale nie dla niej. Ona swoją pracę wybrała parę lat temu w pełni świadomie, baaardzo ją lubi i nie zamieniłaby jej na żadną inną. Daje jej ogrom przyjemności i tyle samo satysfakcji. Oddaje się jej z największym zadowoleniem rano, w południe i wieczór. Bez najmniejszej przesady można powiedzieć, że jak chodzi o to, co chce robić przez całe swoje życie zawodowe, to jest już w punkcie docelowym. Przynajmniej tak sama twierdzi.
Kto jest ‘oną’? To Ola Lazar – kobieta, która na kulinariach zna się jak mało kto, a za smakiem gotowa jest wyruszyć na koniec świata. Poznała już ich całe mnóstwo, jako że nie z jednego gara jadła, zarówno w knajpach pięknego kraju nad Wisłą położonym, jak i w innych przeróżnych miejscach na kuli ziemskiej. Na co dzień jest redaktorką serwisu gastronauci.pl, który sama wymyśliła swojego czasu, a dokładnie wtedy, gdy pracowała w Elle i pisywała o kulinariach dla tego miesięcznika. Na marginesie: w swoim życiu pisywała zresztą nie tylko tam. Swoje teksty o gotowaniu (szeroko rozumianym), smakach i inspiracjach wykorzystywanych w kuchni zamieszczała i w innych gazetach i magazynach. Jest ponadto autorką książek o tematyce kulinarnej. Opisuje w nich kuchnie innych narodów, dzieląc się swoim doświadczeniem, wiedzą i wrażeniami, zdobytymi podczas podróży po świecie.
Dzisiaj była gościem Pawła i biesiadników zgromadzonych przy stole z powyłamywanymi nogami. Przybyła do studia AR, by o swojej pasji kulinarnej opowiedzieć trochę innym – to po pierwsze, a po drugie wskazać (bez wymieniania konkretnych nazw, ale... nomen omen... nazywając rzeczy po imieniu, czyli bez owijania w bawełnę) w jakich miejscach warto bywać, żeby dobrze zjeść, a jakie omijać szerokim łukiem. Ona sama, prywatnie, uwielbia spędzać czas w miejscach wykwintnych i eleganckich, z ładnym wystrojem wnętrza i odpowiednim klimatem tudzież atmosferą, z kelnerami w ‘dygach’ i uśmiechach, z kompletem sztućców do każdego dania przy talerzu, z kilkoma kieliszkami do win i napojów przed nim. Kręcą ją restauracje z gwiazdkami Michelina. W paru takich za granicą była i ubolewa, że u nas w Polsce żadnej z knajp nie udało się do tej pory na takie wyróżnienie zasłużyć.
Zawodowo przychodzi jej wpadać i w inne miejsca, mniej lub bardziej luksusowe, ale jako recenzentka kulinarna, opisująca restauracyjną rzeczywistość i doradzająca gdzie pójść, aby miło spędzić czas stosownie do okoliczności (randka we dwoje, obiad rodzinny, lunch, spotkanie firmowe) musi nieraz… wpaść jak śliwka w kompot, aby rzetelnie odnieść się do sytuacji i przedstawić ją wszem i wobec. Przy recenzowaniu restauracji kieruje się wieloma kryteriami. Zaczyna od tego, na ile obsługa zareagowała na jej wejście do ‘przybytku smaku’, czy szatniarz zainteresował się jej płaszczem (jeśli jest to pora roku, kiedy nie chodzi się do figury) i czy w toalecie jest czysto. Potem to już ‘normalka’. Siadając przy stoliku, żeby przestudiować menu (to jedno z ważniejszych kryteriów, które od razu może zdyskwalifikować knajpę w jej oczach), zerka mimochodem na obrus i w oczekiwaniu na danie, które przyjdzie jej degustować, lekuchno ‘spowiada’ kelnera. Wyłapuje także uchem dźwięki dochodzące z zaplecza i uważnie rozgląda się wokół, żeby wyłapać wszystkie istotne szczegóły.
Wyznaje zasadę ‘płacę i wymagam’. W swoich ocenach jest szczera do bólu. Niejednemu restauratorowi krwi napsuła, ale kto jak kto, ona przecież musi być wiarygodna. Komuś trzeba zaufać.
Dzisiejszy Blat można odsłuchać ponownie. Wystarczy kliknąć TU.
|