Gastroseksualny, czyli jaki? Czy to nowy termin, ukuty li tylko na potrzeby marketingu, a dotyczący oczywiście osobnika płci męskiej, którego (najogólniej rzecz ujmując, bo w szczegółach za chwilę) z kuchni nie wymiata, czy też jest coś innego na rzeczy? Kto to taki? Czy bycie gastroseksualnym, to powód do dumy i komplement, jakim można być obdarzonym przez kobietę, czy też raczej obraza męskiego majestatu i poruta, odstępstwo od normy, coś niegodnego mężczyzny?
Paweł wsadził kij w mrowisko, zarzucając dzisiaj temat do dyskusji przy stole bez nóg. Przedtem zgłębił artykuł pod znamiennym tytułem Smutny koniec jajecznicy, zamieszczony na stronach internetowych, zachęcając do tego samego słuchaczy. Rzecz w nim o gastroseksualnych facetach, których populacja rośnie w siłę... Ale to nie wszystko. Podobno z powodzeniem podbijają oni serca kobiet, trafiając do nich przez... żołądek, a niektóre niewiasty uważają ich za bardziej męskich, pociągających, ciekawszych i atrakcyjniejszych osobników od wymuskanych metroseksualnych z wyrobioną na siłowni klatą piersiową! A łaaa... Dość pytań, pora na odpowiedzi, bo nie wiadomo czym to rozprzestrzeniające się zjawisko grozi i czy nie jest ono gorsze od wietrznej ospy...
Zacznijmy od definicji. Mianem gastroseksualnego określa się po prostu gotującego samca – takiego, który w kuchni czuje się wspaniale i przebywa w niej z przyjemnością, niekoniecznie po to, aby być wykorzystanym instrumentalnie – choćby do krojenia cebuli czy ubicia piany. Gotowanie dla gastroseksualnego jest czymś w rodzaju hobby, czasami niemalże pasją. Taki facet zna się na rzeczy... kulinarnej, ma poczucie smaku (niektórzy zarozumialcy przeginają twierdząc, że większe niż u przeciętnych kobiet), ma fantazję i wyobraźnię oraz nie boi się eksperymentować. Przyciąga i pociąga. No dobra, ale czy dzięki tylko tym przymiotom zjednuje serca kobiet? Bo prawdę powiedziawszy, to żadna rewelka i sensacja, że w dzisiejszych czasach mężczyźni gotują - i to nie tylko z potrzeby, ale również dla przyjemności, nie uważając się przy tym za zniewieściałych samców, którzy nieopatrznie naruszyli domenę kobiet – matek, żon, kochanek, koleżanek i przyjaciółek.
Dyskusja przy stole baaardzo ożywiła się i w naturalny sposób zeszła na konkretne patenty kulinarne, w sensie dania, którymi mężczyzna potrafiłby rozbudzić i pobudzić natychmiast wybrankę serca i rzucić ją w swoje ramiona... tuż po konsumpcji, oczywiście... gdziekolwiek one nie byłyby razem z jego właścicielem – w kuchni, sypialni, łazience czy w jakimkolwiek innym miejscu. I co się okazało? Maksyma ‘przez żołądek do serca’ ma rację bytu, ale... nie musi to być wcale jakieś szczególne i wyszukane danie, chociaż - nie da się ukryć - zapach i smak pobudzają zmysły. Mogą to być prozaiczne w gruncie rzeczy kanapeczki 'z czymś tam', może to być danie z rybą w roli głównej lub coś z mięsa z jakimś sosem, może to być maślanka z ziemniakami (wspólnie wcześniej obranymi i wspólnie potem ugotowanymi), mogą to być szparagi pod beszamelem (dla miłośników kuchni wegetariańskiej), ale mogą to być także... słone paluszki.
Pies jest pogrzebany w samym geście i chęci sprawienia drugiej osobie przyjemności przygotowanym własnoręcznie daniem, w odpowiednim klimacie i nastroju, we wrażeniach towarzyszących biesiadowaniu. Ma być miło, pachnąco, romantycznie (stolik ze śniadaniem podanym wybrance do łóżka udekorowany obowiązkowo kwiatkiem, a kolacja we dwoje przy zapalonych świecach). Generalnie, argumentem ma być polot, ale może on przecież być różnie pojmowany. Hmm... Nieraz kobiecie wystarczy samo posmarowanie sobie chleba... Nim. Tak, jak w piosence.
Chyba warto być gastroseksualnym, panowie - bo to miłe dla siebie samego i dla Niej. Aha, i pamiętajcie: sama umiejętność gotowania to może być za mało, żeby skutecznie uwieść. Płeć piękna odbiera najwspanialsze bodźce... uchem.
Dzisiejszy Blat można odsłuchać nieskończoną ilość razy – wystarczy kliknąć.