Na ekranie i na deskach scenicznych wcielał się w różne postaci, chociaż przyznaje szczerze, że daleko mu do powiedzenia, iż ‘zagra wszystko, nawet krzesło’...
Gdyby ktoś miał wątpliwości, informuje się, iż dzisiejszy gość Pawła jest aktorem. Znany z szeregu ról, w których zazwyczaj (mniej lub bardziej) wcielał się w twardzieli i złe wilki, niż w amantów i romantycznych kochanków. To chyba z powodu swoich wyrazistych i charakterystycznych warunków... nazwijmy to... zewnętrznych. Wiele filmów, w których zagrał, zdobyło sporą popularność, a niektóre - jak chociażby Chłopaki nie płaczą - uznawane są (nie tylko przez młodzież) za kultowe. Podkładałał swój głos w dubbingach (m.in. w trzech częściach Shreka iw Gwiezdnych wojnach), można było go oglądać także w kilku znanych serialach telewizyjnych, ale tak naprawdę jest i czuje się aktorem teatralnym, który zaliczył w swoim życiu szereg desek scenicznych, głównie w Zielonej Górze i Warszawie. Bardziej teatralnym niż filmowo-telewizyjnym i bardziej charakterystycznym niż wszechstronnym – tak przynajmniej siebie postrzega. Lubi zresztą grać w teatrze, bo tam zdarzają się role fajniejsze, mniej przypadkowe, do których on sam przywiązuje większą wagę.
O kim mowa? Kto był gościem Pawła w poniedziałkowej Gastrofazie? To Mirosław Zbrojewicz, filmowy Grucha, posiadacz mało gustownego, różowego sweterka, wydzierganego przez ukochaną, na widok którego aniołom w Niebie miałyby puścić... ech, nieważne.
Swoją działalność zawodową zaczynał w Zielonej Górze, dokąd pojechał – z połową swojego roku - zaraz po ukończeniu warszawskiej szkoły teatralnej w 1981. Tam zdobywał doświadczenie i rozwijał swoje umiejętności jako młody aktor, spędzając półtora sezonu (teatralnego) u boku Krystyny Meissner. Bardzo dużo mu to dało, przeszedł ciekawą szkołę w tych nieciekawych dla aktorów czasach (stan wojenny i bojkot telewizji, odcięcie od dużego i małego ekranu), mogąc grać jako młody adept sztuki teatralno-filmowej od razu u wielu dobrych reżyserów. Potem wrócił do Warszawy, w której zaliczył szereg desek scenicznych, m.in. w Rozmaitości i Studio. Obecnie gra w kilku teatrach, jeździ też po Polsce ze spektaklem Goło i wesoło, w którym znajduje zadowolenie (poza finansowym)... ze ściągania gatków na scenie.
Największym jego krytykiem jest żona, której (się) słucha, nie tylko dlatego, że tak zdecydował jakiś czas temu. Małżonka dosyć dobrze orientuje się w tym, co się dzieje w teatrze i zawsze ma trafne spostrzeżenia na temat tworzonych przez niego kreacji. Mirosław Zbrojewicz słucha też reżyserów oraz wszystkich innych osób, którzy są mu życzliwi. Filmowy twardziel, który ‘lubi sobie zapalić przed egzekucją’, w życiu pozazawodowym tak jakby łagodnieje...
W wolnych chwilach ubóstwia obcować z przyrodą – na Mazurach, gdzie ma domek nad jeziorem lub w okolicach Iławy, gdzie z kolei przytulną chatkę w samym środku lasu ma przyjaciółka domu. Prace działkowe, szczególnie te ziemne, nie kręcą go. Kosi trawę, bo musi to zrobić, ale w zasadzie pozwala rosnąć wszystkiemu ‘zielonemu’ zupełnie swobodnie.
Doświadczenia teatralne ma bogate, nie mniejsze ma... z używkami. Papierosy zamienił na cygaretki już dawno, a alkohol odstawił parę lat temu. Przestał pić, bo potrzebował odmiany. Jak sam przyznaje, miał niekłamany ‘talent’ do napitków – potrafił wypić dużo, do końca zachowując trzeźwy umysł, nie awanturował się, na drugi dzień nie miał kaca. Dzisiaj nie stosuje nawet dezodorantu alkoholowego. Nie pije, bo nie...
W ogóle się wyciszył, nie bywa już lwem salonowym jak to kiedyś bywało. Teraz to tylko domek z ogródkiem – tym bardziej, że musi zaprowadzić nowy, zostawszy niedawno właścicielem 160 metrów kwadratowych z kawałkiem ziemi dookoła. Lubi towarzystwo ludzi, doskonale czuje się szczególnie wśród młodszych kolegów, ale sam ze sobą też się nie nudzi. Zaczyna zwracać baczniejszą uwagę na to, że czas szybko biegnie i że jest to proces nieodwracalny. Nieraz sprawia mu to dyskomfort.
Carpe Diem... Jest taka dobra dewiza życiowa, którą wielu stosuje. Wydaje się, że Mirosław Zbrojewicz do nich należy.