Dziś nasza Antyradio-Machina zmienia się w "maszinę wriemieni" (czyli wehikuł czasu) i przenosi nas do realiów Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Duży w tym udział ma papierowa Machina i artykuł o gwieździe tamtych lat - Zdzisławie Sośnickiej. A jak to kiedyś było pokazują: Witold 'Vito' Odrobina i Przemysław 'Jah Jah' Frankowski.
Na początek panowie pochwalili się sukcesem wczorajszego programu, w którym narzekali na głos Marka Niedźwieckiego, zapowiadającego kolejne stacje metra. Marudzili, że pan Marek nie nadaje się do takiej roboty, a dziś już go nie ma. Oto jaką siłą jest AR-Machina!... A wcale nieprawda. Jak pisała wczoraj ślifka (KLIK), jest to zmiana chwilowa, związana z obchodami 25-lecia przez Listę Przebojów "Trójki" (KLIK).
A wracając do tematu, w gwiazdach ubiegłego wieku najlepiej orientują się osoby, które były świadkami ich karier. Do takich osób można zaliczyć Marię Szabłowską, która do niedawna razem z Krzysztofem Szewczykiem prowadziła nie tak dawno zdjęty z anteny program - "Wideoteka dorosłego człowieka". Pani Maria wyjaśniła, że najlepszym sposobem na zdobycie popularności w Polsce, był udział w festiwalu w Opolu lub w Sopocie. W ten sposób sławni stawali się Maria Koterbska, Czesław Niemen, Urszula Sipińska, Maryla Rodowicz. Ale i dla zagranicznych wykonawców właśnie te festiwale to była droga do publiczności. Jako przykład, pani Maria podała Demisa Roussosa, który bardziej znany był w Polsce niż w rodzinnej Grecji (czy to dzięki występom z playbacku w Sopocie?). Oczywiście zdarzało się również tak, że widzowie łykali kompletną tandetę i zespoły spod znaku italo-disco zostawały w Polsce gwiazdami.
Szybko i sprawnie (w dwupiosenkowej przerwie) Vito obliczył, że 18. urodziny obchodzą teraz ludzie urodzeni w 1989 roku, więc spora część słuchaczy w ogóle nie powinna mieć pojęcia o muzyce z tamtych lat. Te słowa oraz mail pewnego słuchacza (podejrzany jest Mariusz) o nieświadomości muzycznej młodzieży, wywołały prawdziwą lawinę maili od roczników nie tylko '89, ale nawet '93. Oburzeni słuchacze pisali, że oczywiście wiedzą kto to Niemen, Nalepa, Grechuta, ale z większości wiadomości wynikało, że miłość do muzyki "z dawnych lat" zaszczepili im rodzice. I brawa dla rodziców!
Co Jerzy Urban puszczał swojej córce, nie wiemy. Natomiast dowiedzieliśmy się, że muzykom to się dawniej całkiem nieźle żyło. Władza przymilała się artystom ("pierwszy sekretarz KC odnosi się z szacunkiem i zaufaniem do opinii społecznej..."), a artyści maślili władzy ("... społeczeństwo odwzajemnia się tym samym"). Ulubieńcami włodarzy było cepeliowe Śląsk i Mazowsze, rzewne tandetne szlagiery, no i oczywiście propagandowe pieśni i wszelkie festiwale, typu Festiwal Piosenki Radzieckiej, czy Festiwal Piosenki Żołnierskiej. Występy na takich imprezach to był sposób na przypodobanie się władzy... ciekawe, czy teraz będzie się trzeba z tego rozliczyć.
A najgorzej mieli ci, którzy zawsze pod prąd płynęli. Ekspert nieustający, czyli Andrzej Nowak, gitarzysta m.in. TSA, opowiedział, jak to metal radził sobie w rzeczywistości PRL. Ciężko było, a problemy pojawiały się na każdym kroku. Kłopoty z wynajęciem sali, z atakującą zewsząd cenzurą, z nieprzychylnymi dziennikarzami. Muzykom TSA zarzucano pustotę ich twórczości, deprawowanie młodzieży, a nawet zagrażanie ustrojowi. Andrzej Nowak wspomniał też, że poszarpał się z paroma ZOMOwcami. Zatem władza niespecjalnie rozpieszczała ten pierwszy heavy metalowy polski zespół.
Ale nie tylko metalowcy mieli problemy. Beno Otręba (basista Dżemu oczywiście) przypomniał o postrachu wszystkich muzyków, czyli o weryfikacji. Polegało to na tym, że trzeba było się wykazać przed specjalną komisją umiejętnością biegłego czytania nut, a egzamin był obowiązkowy dla wszystkich, punkowców, którzy grają na dwóch strunach też. Ci, którzy nie zdali, zostawali muzykami-amatorami i należało im się wynagrodzenie nie wyższe niż ustalona głodowa stawka. Do tego, żeby zagrać gdziekolwiek, Dżem musiał się mocno starać. Były kapele "z glejtem", które drzwi miały wszędzie otwarte, a Dżem stawał przed, jak to Beno mówił, trzema ZBoWiD-owcami, dyrektorem szkoły i muzykiem znającym tylko marsze wojskowe. No i jak oni ich zobaczyli z tymi długimi włosami, to nie było szans na koncert w tym miejscu.
Nie narzekał natomiast Sławek Łosowski z Kombi. Teksty pisał im kto inny, więc nie musieli się z nich tłumaczyć przed cenzurą, natomiast żal mu pieniędzy, które powinni dostać za koncerty dla wielotysięcznej publiczności, a których nigdy nie zobaczyli.
Nie ma co ukrywać, część muzyków z dawnych lat zostanie zapomniana. Część sobie na to zasłużyła, ale artyści pokroju Niemena, Grechuty, czy Nalepy powinni trwać w naszej świadomości i to nie tyko przy okazji smutnych rocznic ich śmierci. A tak a propos, w sobotę, 28.04, Dzień Białej Flagi, czyli ogólnopolski zlot fanów Republiki w toruńskim klubie Od Nowa.
Muzyka dziś odpowiednia do tematu. Ze starych nagrań usłyszeliśmy zatem kolejno: Cień Wielkiej Góry - Budka Suflera Sen o Warszawie - Czesław Niemen Dni, Których Nie Znamy - Marek Grechuta Nocą Puka Ktoś - Breakout Time (ale bez Breathe-reprise) - Pink Floyd Alien - TSA Sen O Victorii - Dżem Szklana Pogoda - Lombard a na koniec jeszcze stary Mech z dość nowym kawałkiem Brudna Muzyka.