Zgodnie z zapowiedzią, dzisiaj w charakterze gościa postmodernistycznego pasma poszukiwaczy przygód objawić miała się rasowa przedstawicielka showbiznesu, taka co to udziela się na estradzie, nagrywa płyty i wyrusza od czasu do czasu w trasy koncertowe – słowem artystka, piosenkarka z krwi i kości. Nic więc dziwnego, że na rozgrzewkę Paweł zaproponował biesiadnikom, zgromadzonym przy stole z powyłamywanymi nogami, aby pokłonili się polskim wokalistkom – w sensie, aby wyznali intymnie, które z nich przypadły im do serca najbardziej, które lubią i cenią, które wywołują największe wrażenie, gdy słucha się piosenek w ich wykonaniu. Jest oczywistą oczywistością, że decydować o tym mogły jedyne słuszne w takiej sytuacji kryteria, czyli jak najbardziej... subiektywne, bo przecież każdy po swojemu odbiera muzykę i każdemu inaczej w sercu gra, gdy ją słyszy.
Nie trzeba było być prorokiem, żeby z góry przewidzieć, że niełatwe mogło okazać się to zadanie, szczególnie przy pewnych założeniach, z których dwa wydawały się najistotniejsze, a mianowicie: aczkolwiek słuchaczom Antyradia zazwyczaj (lub przede wszystkim) w sercu rock gra, to - według zasady de gustibus non est disputandum - nie stronią oni czasami od innych gatunków, typu jazz, blues czy... Matko Przenajświętsza... techno, pop lub inny, trudny nawet do określenia. To po pierwsze, a po drugie - pań w Polsce śpiewających przepięknym głosem, którego nie można zapomnieć, obok którego nie można przejść obojętnie i w związku z tym pominąć w rankingu – trochę było i jest.
Z rozczochranych myśli biesiadników, przycupniętych przy stole z powyłamywanymi nogami, wyłonił się jednak (nawet bezboleśnie) panteon wokalistek. Poza wszelakimi podziałami na kategorie, czy to rock, jazz czy cokolwiek innego (chodziło przecież o głos i charyzmę!), na pierwszym miejscu zdecydowanie uplasowała się Kasia Nosowska (brawooo!), ale tuż za nią najczęściej wymieniało się Agnieszkę Chylińską, Anję Orthodox, Korę (Maanam), Renatę Przemyk, Mirę Kubasińską, Małgorzatę Ostrowską, Martynę Jakubowicz, Edytę Bartosiewicz, Ewę Bem, Urszulę Dudziak, Gabę Kulkę, Marylę Rodowicz i parę innych - wymieniać można byłoby długo. Żeby sprawiedliwości stało się zadość należy napomknąc, że w tym mini rankingu, przeprowadzonym li tylko na rozgrzewkę przed wizytą gościa, nie można pominąć wokalistek… bardzo, bardzo doświadczonych, znanych z dalekiej przeszłości lub opowieści rodziców - Marię Koterbską (jako pierwsza w Polsce swingowała), Wandę Warską (jedna z ulubienic Kosy), Kasię Sobczyk, Nataszę Zylską, Irenę Jarocką. One też były zgłaszane przez biesiadników jako niezapomniane wokale.
Ranking rankingiem, a tuż po południu do studia wpadła - jak po ogień, to tak na marginesie - ona, znaczy się dzisiejsza gościówa. Była nią Reni Jusis (Makowiecka), z anteny AntyRadia zupełnie nieznana i słuchaczom obca (bo nie puszczana z powodu tego, co śpiewa), ale z klubowych parkietów - a i owszem, tak. Za dużo czasu nie miała (wiadomo – artyści ciągle mają jakieś zobowiązania i są w ciągłym ‘niedoczasie’), ale wystarczyło go jej, aby powiedzieć co nieco o swojej najnowszej płycie Iluzjon cz. 1. To płyta tak zupełnie inna, niż dotychczasowe albumy Reni Jusis, że nawet dla fanów piosenkarki była zaskoczeniem.
Zaskoczeniem, bo to kolejny zwrot w jej działalności artystycznej, kolejny styl po dźwiękach klubowych i elektronicznych, z których do tej pory znana była przede wszystkim ‘zakręcona’ Reni Jusis. A co zawiera Iluzjon cz. 1? Otóż ballady zawiera, a dokładnie ballady, będące osobistymi emocjami piosenkarki, które kształtowały się w niej przez wiele lat. W tym albumie wyrzuca je z siebie, czując taką potrzebę i właściwy ku temu czas. W niektórych kawałkach wspomagana jest przez męża – Tomka Makowieckiego, Gabę Kulkę i Stanisława Soykę. Smutne podobno to utwory, ze smutną panią siedzącą przy fortepianie w roli głównej, idealnie pasujące do starego, zakurzonego, nieczynnego kina. Stąd i tytuł albumu - Iluzjon…
Gdyby to kogoś interesowało - dzisiejszy odcinek Blatu tradycyjnie został nagrany. Można go odsłuchać tu – KLIK.