Podobno to pychota. Szczególnie wtedy, gdy smaży się ją na oliwie zamiast na maśle. Tym cymesem mogą zajadać się - kiedy tylko mają takie życzenie - mieszkańcy północnoafrykańskiego kraju, do którego rzuciło całkiem niedawno dzisiejszego gościa Pawła. Mogą, bo daktyli tam w bród. Dużych i małych, ciemnych i jasnych, mniej lub bardziej wysuszonych. Nie daktylami jednak stoi Libia – bo o niej to mowa, a ropą naftową. Jej bogate złoża przysparzają krajowi niezłych dochodów. A rolnictwo wręcz na odwrót – leży. Co prawda braków żywności w sklepach raczej nie widać, taniej lub drożej kupić można prawie wszystko (poza towarami, które są objęte surowymi restrykcjami – jak chociażby alkohol), ale to dlatego, że większość produktów rolnych importuje się z krajów ościennych (i nie tylko tych).
W tejże Libii przez miesiąc przebywał Michał Pisz - AntyFan z upodobania (stacji radiowej do słuchania) i archeolog in spe z wyboru i zamiłowania. Razem z grupką innych studentów warszawskiego uniwerka tworzył misję wykopaliskową, która w Ptolemais (region Cyrenajka) grzebała w jednej z willi – zwanej bodajże willą Leukaktiosa od imienia jego starożytnego właściciela, starając się odkopać i zachować dla ludzkości bogactwa ukryte w ziemi. Trochę ich tam - i w ogóle w całej Libii - zalega. Pod względem archeologicznym kraj ten jest jednym z zasobniejszych na świecie. Znaleziska (może lepszym słowem byłyby wykopaliska) w Ptolemais Michał liczył na wiadra. Oprócz ceramiki, antycznych monet, fragmentów rzeźb, malowideł i mozaiki z kolorowych kamyków można było wykopać także kości. I nieważne czyje one były.
Poza pracą na ‘wykopie’ nasz dzielny archeolog bacznie przypatrywał się codziennemu życiu libijskiemu. Jaka jest Libia widziana jego oczami, jacy są jej mieszkańcy? Żadnemu z biesiadników, zasiadających przy sobotnim stole z powyłamywanymi nogami, nie było pisane jej odwiedzić, chociaż ruch turystyczny jako taki do tego kraju istnieje. Kojarzy się raczej niefortunnie (jeśli można tak to ująć), bo z osobą Kadafiego - ekscentrycznego odrobinę przywódcy Libii, znanego z dyktatorskich zapędów. Jako kraj jest na pewno ciekawa, ale nie ma co się oszukiwać - wszystko co odbiega od naszej europejskiej rzeczywistości jest fascynujące i wciągające.
Już sam fakt, że dominującym wyznaniem w Libii jest islam dużo mówi. Kobiety w tym kraju niewiele mają do powiedzenia, ale jak się okazuje, to im nawet pasuje. Siedzą zazwyczaj w domu i wychowują dzieci oraz dogadzają swoim panom. Gotują im zapewne siorbę – bardzo gęstą, ostrą zupę z baranią wkładką, doprawioną porządnie harissą lub też inne smakołyki – głównie na bazie warzyw, z dodatkiem kuskusa. Na stołach Libijczyków goszczą też ryby i owoce morza, ale nic w tym dziwnego – kraj ten wszak nad morzem leży. Jeśli chodzi o deser, to serwuje się tu bardzo słodkie ciasta i ciasteczka. Tak jak w każdym kraju arabskim, słodkości w Libii jest mnóstwo, a duży w nich udział ma miód i syrop daktylowy.
Turystyka z udziałem gości z zagranicy istnieje, a i owszem – tyle, że raczej objazdowa. Kurortów w Libii brak, chociaż piaszczyste, szerokie plaże z dostępem do lazurowego morza są. Nic to. Każdy, kto tu przyjedzie może ponoć znaleźć coś ciekawego dla siebie, nawet jeśli nie jest archeologiem z zamiłowania tak jak Piszu.
Dzisiejszy Blat jest możliwy do odsłuchania w szczegółach TU.