Spoko. Nikt nie zwariował wspominając o tej porze roku bigos. Chodzi jedynie o porównanie dzisiejszego odcinka Stołu z powyłamywanymi nogami do najbardziej znanej potrawy z kuchni polskiej, która - tak na marginesie - o żadnej porze roku nie smakuje lepiej jak zimą, gdy mróz szczypie w uszy i łapie lubieżnie za kolana. Smakosze twierdzą, że najlepszy bigos jest na winie – w sensie co się nawinie (choćby resztki pieczystego z lodówki) ląduje w garze obok kwaśnej kapusty, paru rodzajów świeżego mięsa, suszonych grzybów i śliwek, aby po trzech dniach gotowania (z przerwami) przeistoczyć się w prawdziwy smakołyk.
Podobnie było dzisiaj przy stole bez nóg – szeroko, eklektycznie, wielowątkowo. Biesiadnicy blablali na każdy temat, jaki przyszedł im do głowy... czyli inaczej rzecz ujmując - jaki nawinął im się chcący lub niechcący. Zasadniczo pobieżnie miało być jeszcze odrobinę o paleniu (tytoniu oczywiście), o którym dużo było we wczorajszym Blacie za sprawą gościa i jego książki o tytoniowym szlaku albo o działkach – tych poza miastem typu siedlisko (bez względu na to, czy w zakolu rzeki, czy też nie) lub o tych miejskich, znajdujących się w sercu miasta, wokół których wyrosły nowe osiedla mieszkaniowe i gmaszyska biurowców. Z małym przegięciem określa się je działkami – to raczej niezbyt duże powierzchniowo ogrody działkowe, z niewielką budą robiącą za domek, z przyłączem wody i prądu oraz kilkoma grządkami warzyw, rabatkami kwiatów oraz drzewkami owocowymi. Kiedyś – nawet nie tak dawno, bo może dwadzieścia lat temu – szczycono się nimi, były chlubą ich właścicieli. Teraz odchodzą powoli w zapomnienie, chociaż nie dają się. Poza trawą coś na nich jeszcze rośnie i w dalszym ciągu sprawiają radość działkowcom albo... ich potomkom, w sensie wnuczkom i wnukom.
Tematy do dyskusji pojawiały się jak grzyby po deszczu, w zależności od aury, która miała duży wpływ na to, co dzieje się przy stole z powyłamywanymi nogami. Biesiadnicy odcięli się od palenia, bo ile można wałkować ten temat! Niby długo, ale i tak każdy ciągnąłby w swoją stronę, udowadniał swoje racje, przekonywał, że jego odczucia w tej kwestii są najwłaściwsze, prawda ‘najprawdziwsza’, a kompromis i tak trudno byłoby znaleźć. Działki, na których ‘nic podobno się nie dzieje’ (jak w piosence), ale stanowią dobry i ekonomiczny sposób na dolce farniente, były przedmiotem dyskusji do czasu, gdy świeciło słońce. Długo nie trzeba było jednak czekać, żeby nastąpiło załamanie pogody i słoneczne przedpołudnie zamieniło się w mokre od deszczu popołudnie. Zaczęło lać jak z cebra. Lać, grzmieć, walić gradem – ot, w mgnieniu oka i niespodziewanie, nadciągnęła regularna burza wiosenna ze wszystkimi swoimi atrybutami. Na zewnątrz zrobiło się obrzydliwie i trzeba było coś ze sobą zrobić. Jako i z działkowym tematem.
Gdzie schować się przed deszczem? Oczywiście gdzieś pod dachem, najlepiej w kuchni. W gruncie rzeczy nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Działkowcom urośnie (niech więc pada), a biesiadnicy skorzystali z okazji, by móc poprzesuwać gary na kuchence i przygotować obiad. Jak było do przewidzenia, wątek kulinarny musiał pojawić się w dzisiejszym Blacie i nie do końca dlatego, że wywołał go deszcz. Była po prostu taka potrzeba, bo jak okazało się, niektórzy nie wiedzieli, co wyłożyć na stół , aby godnie podjąć... teściową (smacznie nakarmić mamusię żony, a nie struć!) lub ukochaną dziewczynę (tu wszelkie komentarze wydają się być zbędne – wiadomo od lat, że ‘przez żołądek do serca’).
Na tego rodzaju kłopoty niezawodny jest zawsze Loroch. Paweł Loroch, gospodarz Blatu, który nie dość, że doradzi, to i przytuli do serca, i ukoi muzycznie, i doda otuchy dobrym słowem. Przyciąga do siebie. Walą do niego jak w dym wszyscy - ci ‘w potrzebie’ i bez niej, pomimo burz i nawałnic – ot choćby po to, aby poczęstować go chlebem z gorzkich sewilskich pomarańczy z dodatkiem rozmarynu...