W tym roku mija 15 lat od śmierci Milesa Davisa, jednego z najbardziej znanych muzyków jazzowych. Wspomina o tym marcowa Machina, więc temat podnoszą też koneserzy dobrej muzyki: Paulina Jaskólska, Przemysław 'Jah Jah' Frankowski oraz Witold 'Vito' Odrobina.
Trójka redaktorów podparła się w pierwszej godzinie wiedzą i autorytetem światowej sławy multiinstrumentalisty jazzowego, Zbigniewa Namysłowskiego, który zawitał do studia Antyradia-Machiny. Rozmowa rozpoczęła się zaskakująco, bo od pytania o stosunek do muzyki rockowej. Gość pochwalił się współpracą z Niebiesko-Czarnymi i Czesławem Niemenem, czyli lubi rocka, przynajmniej w jego starszej formie. Za to stwierdził, że jazz, rozwijając się, przyswoił pewne elementy rocka, a także innych gatunków muzycznych, np. elektroniki. Podziały przestały być tak wyraźnie widoczne, czy też słyszalne.
Jak stwierdził sam mistrz, jazz jest muzyką trudną i wymagającą zarówno dla słuchacza, jak i muzyka. Przez to miłośników jazzu można znaleźć na całym świecie, ale nie jest ich przesadnie dużo. Wysokich umiejętności od jazzmanów wymaga styl gry, pełen improwizacji, w którym niezbędne jest wzajemne rozumienie się na scenie i czucie muzyki. Zbigniew Namysłowski samą improwizację przypisał jazzowi, pomijając bluesowe korzenie tego gatunku. Z drugiej strony dzisiejszy gość nie toleruje nadmiaru improwizacji, czyli free jazzu twierdząc, że to wynik nieuctwa muzyków. Muzyka niby trudna, a jazz ma w Polsce spore grono zwolenników na tyle wierne, że pan Zbigniew nie przejmuje się tymi, którzy jazzu nie słuchają, czyli nie walczy o publiczność. Kiedyś zresztą, w początkach swojego istnienia, czyli w latach 20' i 30' XX wieku, jazz był skoczną, taneczną muzyką, bardzo popularną we wszelkich "dyskotekach". Dopiero później, po wejściu do filharmonii gatunek ten spoważniał i stał się rzeczywiście elitarny.
Pierwsze wrażenie pana Zbigniewa, po zobaczeniu Milesa Davisa na scenie, nie było najlepsze. Daleko mu było do, świętujących w owym czasie triumfy, Dizzy'ego Gillespie czy Louisa Armstronga. Nie czarował publiczności. Gdy grał, odwracał się do niej tyłem, a nawet wychodził za scenę w czasie swoich solówek. Jak się jednak później okazywało, były to tylko pozy, bo tak naprawdę robił wszystko, by zaskarbić sobie względy publiki, odstawiał show, zmieniał stroje w czasie koncertów.
Milesa pamiętają także inni polscy artyści. Ewa Bem i czołowy polski i światowy trębacz, Tomasz Stańko, zachwycali się jego stylem. Oszczędnym, ale jednocześnie niepowtarzalnym z niesamowitym brzmieniem. Pan Tomasz określi go mianem geniusza otwierającego się nowe style, chwaląc do tego, że nie spłycił muzyki rozbudowanymi solówkami, które u innych często zaczynają przypominać bardziej cyrkowe sztuczki, gdzie forma staje się ważniejsza od treści.
Miles Davis zawitał także do Polski. Mówiła o tym Ewa Bem wspominając artystę jako człowieka charyzmatycznego z prawdziwie gwiazdorskimi wymaganiami, typu kolor kwiatów w pokoju. Miles był jednak wtedy dla fanów bogiem i wszystko to można mu było wybaczyć zwłaszcza, że jego występ był fantastyczny. O kulisach koncertu opowiedział też trochę pan Tomasz Kluczkiewicz, który zdradził, że Miles chciał grać dłużej, wyjść na bisy, ale nie zgodził się na to szef trasy koncertowej tłumacząc, że ekipa techniczna jest zmęczona. Jazzman był ponoć wściekły, bo wiedząc, że pewnie nieprędko wróci do Polski, chciał się należycie pożegnać z naszą publicznością.
W trakcie audycji okazało się też, że dawniejszy tryb życia jazzmana nie różnił się wiele od dzisiejszego życia rock&roll'owca, czyli obracał się wokół prochów, gorzały i panienek w stolicy jazzu i nocnego życia - Paryżu. Sam Miles Davis był zresztą sutenerem w pewnym okresie swojego życia. Rozpusta w jazzie to już jednak przeszłość. Teraz, jak mówił Zbigniew Namysłowski, mało który pali papierosy.
Dzisiejsze 8 kwadransów jazzu zakończyło wspomnienie innej ikony muzyki rozrywkowej: Joy Division. Kapela ta nazywała się kiedyś Warsaw, ale muzycy nie bardzo wiedzieli skąd ta nazwa się wzięła. Dla nich był to synonim smutku... I tym pozytywnym akcentem pożegnali się redaktorzy życząc Państwu miłego weekendu.