Że co? Szamanko jest beee? Okazuje się, że nie każde i przede wszystkim tylko w opinii niektórych ‘jadaczy’. Należą do nich zdecydowanie ci, którzy zrobili sobie badanie na żywej krwi i na własne oczy przekonali się, co do niej przedostaje się w wyniku nieprawidłowych nawyków żywieniowych.
Do rzeczy. Tego, co wydarzyło się dzisiaj, nie pamiętają najstarsi górale. Tak bojowo nie było jeszcze przy stole z powyłamywanymi nogami! Nigdy! Zdarzały się mniej lub bardziej zażarte dyskusje biesiadników przy nim zgromadzonych, były nawet i drobne awantury kompromisem (nie) kończące się, ale dzisiaj niemalże noże w powietrzu fruwały. Działo się! A wszystko to za sprawą gościa i radykalnych poglądów, jakie głosił.
Dla niego nie były one ani rewolucyjne, ani szaleńcze. Ot, normalne, chociaż momentami wyglądające tak jakby trochę na ‘chłopski rozum’. Marcin Piotrowski – dzisiejszy gość Pawła (bywały już w studiu AntyRadia - KLIK i z tego względu niektórym doskonale znany) głosi je co prawda od niedawna, ale robi to niezwykle zaciekle i zażarcie. A mówi o… nomen omen… żarciu, będącym dla wielu prozą życia. Dużo o nim wie chociażby z racji uprawianego zawodu. Od wielu lat miesza w garach w rezydencji ambasadora Australii – to po pierwsze, uznawany jest za jednego ze zdolniejszych kucharzy w pięknym kraju nadwiślańskim, który dorobił się szeregu laurów i tytułów na niwie kulinarnej – to po drugie, a po trzecie od pewnego czasu bardzo intensywnie zgłębia na jakiejś uczelni wszystko to, co dotyczy jedzenia w ogóle, a w szczególe - co może być dobre i zdrowe dla jego organizmu.
Wiele rzeczy odrzucił i zdecydowanie wyrzucił ze swojego jadłospisu. Do ust ich nie bierze. Obrzydzeniem napawa go oczywiście ‘padlina’, chociaż do niedawna z lubością przewracał na grillu smakowite kąski mięsa i przerabiał w najróżniejszy i najbardziej wymyślny sposób każdy kawałek krowy czy wieprza. Pożegnał się także z drobiem, rybami i nabiałem w każdej postaci. Wrogiem jego jest mleko i jogurty, jaja, cukier (słodycz czerpie z życia), a także niektóre warzywa.
Pije wyłącznie wodę oligoceńską (i tylko taką przepłukuje owoce), yerba mate i zieloną herbatę, bo ‘kranówa’ dobra jest jedynie do kąpieli. Zdrowo uzależnił się od soku z dzikiej róży i traktuje go jako lek na całe zło, a na pewno jako jedyne źródło witaminy C. O co tu chodzi? Ano o to, że dzisiejszy gość Pawła, będąc przez wiele lat ‘wszystkożerny’, stał się frutarianinem. Ci – jak wiadomo – jedzą zasadniczo wyłącznie owoce (najbardziej radykalni tylko te, które same spadły z drzewa). Przyswajają też ziarna, nasiona i pestki niektórych z nich (bo zawierają migdalinę), a nieliczni tylko sięgają po chleb. Oczywiście własnoręcznie upieczony lub zakupiony w ‘pewnej’ piekarni.
Dla niektórych biesiadników przy stole nóżek pozbawionym frutarianizm to nic innego jak najnormalniejsze w świecie przegięcie pały i pierwszy krok do ortoreksji. Gdyby ktoś nie wiedział… To takie schorzenie, objawiające się patologiczną obsesją na punkcie spożywania właściwego jedzenia. Z wieloma poglądami Marcina Piotrowskiego, które wywołały gwałtowne i niczym niepohamowane emocje - w tym więcej niechęci niż zachwytu, nie mogli się zgodzić i szczerze dali temu wyraz. Padały określenia typu: szaleniec, fanatyk, ‘zakręt życiowy’, nawiedzony, oszołom. I nie chodziło wcale o to, że przestał być ‘wszystkożerny’ i przerobił się lub dał się przerobić na inne kopyto. Bo przecież naprawdę nic nikomu do tego, jakie ma się nawyki żywieniowe…
Dzisiejszy Blat będzie wkrótce możliwy do ponownego odsłuchania – o TU.