Najpopularniejsze w PRL-u zwierzątko domowe, największy wróg człowieka, karaluch, w Obowiązkowym Kinie był jedną z dzisiejszych gwiazd. Oczywiście dostaliśmy też kolejną porcję przygód reszty lokatorów przy Alternatywy 4.
Próby kabaretu w piwnicy trwają, ale są dość specyficzne. Piosenka na cześć gospodarza domu została odśpiewana, nagrana, a potem tylko puszczana z kasety. Towarzystwo skupiało się raczej na tym, jak wyrzucić Anioła ze stanowiska ciecia ich bloku. Wybrana została delegacja, która miała zbierać podpisy pod petycją w tej sprawie. W skład delegacji weszli: Kołek - dźwigowy, a więc przedstawiciel słusznej i szanowanej klasy robotniczej, Ewa Majewska - bo młoda i ładna zawsze zrobi dobre wrażenie i Balcerek - bo najbardziej wygadany, a jako hodowca gołębi, nazwany branżowcem.
No i pojawił się nasz karaluch. Przyszedł z nim do mieszkania Anioła oburzony Abraham Lincoln i na znak protestu rozdeptał "sublokatora" Aniołowi na dywanie. Robactwo pojawiło się też u prof. Dąb-Rozwadowskiego, który po zlikwidowaniu intruza nakazał gosposi zamknięcie okien, bo "to zwierze jeszcze gotowe tu przylecieć".
Jeszcze trwają próby kabaretu, nawet zaprezentowany został socrealistyczny wiersz o tym, że "Cudów dokonują ręce robotnika i rolnika", a tu pojawia się Anioł z decyzją, zasugerowaną zresztą przez Winnickiego, że kabaretu nie będzie. Naród musi mówić jednym głosem, więc potrzebny jest chór.
Natomiast delegacja w akcji. Najpierw odwiedzili największą szychę w bloku, czyli tow. Winnickiego, który jednak sprytnie wykręcił się od podpisania petycji, ale zapewnił o swoim szczerym poparciu. Następnie nasza "lotna trójka" udała się do prezesa spółdzielni, który był aktualnie zajęty czytaniem pewnego kryminału i... Ale co się stało potem, to już jutro.