 Tomek rozpoczął tę audycję z wyraźnym wzruszeniem, z góry przepraszając słuchaczy za możliwą nieskładność tej wyjątkowej Kasprologii. O jej wyjątkowości świadczyła wspaniała muzyka z "zakładki Kosy", ale przede wszystkim unikalne wspomnienia o Kosie.
Tomek wspominał miłość Janusza Kosińskiego do motocykli, jego wybuchowy charakter, wspólną pracę, ale głównie jego pasję muzyczną. Wspomniał też sławetne zupki chińskie, którymi Kosa się zajadał i których bronił przed podjadaniem mu. Pojawiło się również kalendarium muzyczne (King Crimson zagrali ostatni raz, Bob Dylan dostał w tym dniu Oskara...). Jednak najciekawszy był tzw. psikus, czyli prezentacja nieemitowanych wcześniej nagrań Kosy prosto z Antyradiowego archiwum. Były to kilkuminutowe 'przymiarki' do nagrywania promosów (których nagrywania szczerze nie lubił), w których nasz kochany Kosa objawiał się jako radosny zgrywus i mały nerwus. A nieudane podejście do kalendarium, które Kosa kończy prośbą do realizatora "nie no,... walnij mnie w ryj"... to po prostu poezja. Ten 'eksperyment' słuchacze przyjęli z zaskoczeniem, ale i wdzięcznością potwierdzoną mailowo. Była to niepowtarzalna możliwość usłyszenia jaki był Janusz Kosiński poza anteną. Na skrzynkę Tomka przyszedł list od słuchaczki wspominającej sytuację, kiedy będąc na jakimś pokazie w kinie, widziała Kosę, który wygłosił słowo wstępne. A następnie usiadł koło jej córki i wyjadał "Młodej" popcorn. Odezwał się też niejaki Stasiek z Żyrardowa, wspominający niedzielne Koncerty Życzeń i wymiany uwag z Kosą.
Kosa nie umarł, on po prostu jest w innym radiu... |