Pawła znowu rzuciło, ale tym razem na bardzo krótko i w gruncie rzeczy bardzo niedaleko. Odległość z Warszawy do Mielnika, będącego celem jego wczorajszej pielgrzymki, to niemalże przysłowiowy rzut beretem. Całkiem spokojnie mógł więc przemieścić się tam i z powrotem w ciągu jednego dnia i wypełnić misję, jaką miał do spełnienia na ziemi podlaskiej.
Krótka podróż, krótka misja, ale nie taka znowu błaha, oj nie. Razem z dzisiejszym swoim gościem – Adrianną Ewą Stawską, w życiu codziennym dziennikarką, tłumaczką i pisarką, jurorował w konkursie kulinarnym, zorganizowanym przez mielnicki Ośrodek Kultury, Sportu i Rekreacji. Znany jest on wszem wobec i każdemu z osobna jako Festiwal Korowaja Mielnickiego. Odbywa się co roku, tradycyjnie w pierwszą sobotę maja. Tegoroczny był już czwartym z kolei. Za każdym razem cieszy się ogromną popularnością wśród mieszkanek okolicznych gmin, które zgłaszają się do konkursu z niekłamaną przyjemnością. Każda marzy o zwycięstwie, uścisku dłoni i całusie od jurora(ów), ale miejsc na podium jest tylko trzy i tylko tyle pań mógł wczoraj Paweł zadowolić i wpędzić w stan szczęśliwości, obdarowując nagrodami.
Wypadałoby powiedzieć, o co chodzi w konkursie – poza oczywistą oczywistością, jaką jest promocja gminy Mielnik i chęć zachowania głęboko zakorzenionej tradycji dawnej kultury kulinarnej regionu. Głównie z tego właśnie powodu została ona ‘odkurzona’ przez jego pomysłodawczynie - dzisiejszą gościówę Pawła i jej matkę. Chciały one pokazać, że jest ona piękna, że można się świetnie w nią bawić, że to innych naprawdę interesuje i intryguje. W praktyce rywalizacja mieszkanek gminy sprowadza się do upieczenia najsmaczniejszego i najwymyślniej ozdobionego drożdżowego ciasta obrzędowego, czyli słowiańskiego kołacza. W regionie mielnickim jest on nazywany właśnie korowajem. Musi on być dobrze wyrośnięty, pięknie wypieczony i mieć równą powierzchnię - bez żadnych pęknięć. Im bogatsze zawiera zdobienia, tym lepiej... dla niego i jego twórczyni.
Pieczenie tego placka drożdżowego było kiedyś ważną częścią obrzędu weselnego. Zajmowały się tym wybrane gospodynie, zazwyczaj te najbardziej szanowane. Oczywiście mężczyźni trzymani byli z dala od kuchni, jako zupełnie nieprzydatni w tym czasie. Dekoracja korowajów – różne plecionki, figurki ptaszków, zwierząt i ludzi – miała swoje znaczenie symboliczne, mające zapewnić młodej parze szczęśliwe i dostatnie życie. Adrianna Ewa Stawska mówiła już o tym podczas jednej z poprzednich swoich wizyt w AntyRadiu (KLIK).
Trzeba także zaznaczyć, że korowaj to nie tylko kołacz weselny, ale także pieczywo obrzędowe. Słynny w tym regionie był zwyczaj toczenia korowaja wokół pól w okresie świąt wielkanocnych (bodajże w Lany Poniedziałek), będący symbolicznymi ‘zaślubinami’ z matką ziemią. Miał on najprawdopodobniej zapewnić gospodarzom urodzaj. Tego wątku juror mielnickiego konkursu oraz badaczka i specjalistka kuchni kresowej w jednym intensywnie nie rozwijali, bo… nie o taki korowaj chodziło przecież w konkursie i nie taki oceniali. W sensie nie w tym znaczeniu...
I to by było na tyle. Audycja została nagrana – o TU i w każdej chwili może być ponownie odsłuchana.