Wszyscy czekali na tę audycję, a gdy brzmiała - wchłaniali każde słowo, wypowiadane przez zaproszonego gościa, nie mogąc i nie chcąc ruszyć się spod radia, netu czy z samochodu, aby nie uronić z niej ani minuty.
Nic dziwnego. Nie ma słuchacza AntyRadia, któremu redaktor Janusz Kosa Kosiński - dzisiejsze danie główne w Gastrofazie - nie byłby znany w ogóle, nie ma takiej osoby, która nie wiedziałby, że Kosa o muzyce opowiadać może w nieskończoność, a przy tym niezwykle ciekawie, wplatając w swoje opowieści o muzykach i wykonywanych przez nich utworach różnego rodzaju anegdoty, ciekawostki i historyjki z życia wzięte. Jego wiedza muzyczna jest rozległa, mało co stanowi dla niego tajemnicę w tej branży. Kosa po prostu muzyką żyje i tą swoją pasją zaraża innych. Poznawał ją w latach '60., słuchając Radia Luxemburg, w którym nadawana była lista Top Twenty. Przez dziewięć lat nie opuścił ani jednej audycji, chociaż oznaczało to zarywanie nocy – radio nadawało ją w każdą niedzielę do 3:00 nad ranem. Wysłuchane hiciory zapisywał w zeszycikach, które ma do dziś.
Za mikrofonem tkwi bezustannie już od 40 lat! Jego przygoda z radiem zaczęła się od Rozgłośni Harcerskiej, do której wpadł na chwilę i przez przypadek (odwiedzając Jacka Bromskiego, pracującego tam), a został... dziewięć lat. Były to czasy pierwszej Listy Przebojów w Polsce – takiej prawdziwej, dźwiękowej, nie pisanej. Kosa przejął audycję i ją poprowadził, wkrótce pojawiły się nowe – jak chociażby Program naszych słuchaczy. Nie od razu usiadł za sitkiem, żeby samodzielnie prowadzić program. Jak sam przyznaje, był zbyt nerwowy, mówił niewyraźnie, a im dłuższy tekst przyszło mu przeczytać, tym gorzej to robił.
Będąc jeszcze w Rozgłośni Harcerskiej, trafił do Trójki, w której do dziś udziela się na równi z AntyRadiem. Właśnie Program III swego czasu uhonorował Kosę nagrodą Złoty Mikrofon (pierwszy tego rodzaju laur w tej stacji radiowej!). Dostał mu się za audycję Winien i ma, w której był oprawcą muzycznym.
Radio dla Kosy to całe jego życie, to miejsce jego codziennej egzystencji. Nie wyobraża sobie, że mógłby nie być radiowcem. Muzyką zajmował się także kiedyś w telewizyjnej Jedynce. Dzisiaj na pewno bywa na Woronicza (siedziba TVP), jako etatowy pracownik telewizji, w związku z konkursem Eurowizji. Jest przewodniczącym jury - komisji artystycznej, która wyłania kandydatów na festiwal, mających reprezentować na nim Polskę.
Janusz Kosa Kosiński znany jest ze swojej pracowitości, obowiązkowości i skromności. Wiele wymaga od siebie samego, zawsze wysoko ustawia sobie poprzeczkę. Potrafi przyznać się do błędów, przeprasza za nie i prostuje je na antenie, nie odpuszczając sobie - jak zdarza się to niektórym jego kolegom. Ma w sobie dużo samokrytyki. Inne zalety: nie pije, nie pali (niczego).
Co lubi i czego nie znosi legenda polskiej radiofonii? Lubi na pewno... zielonego ogórka, któremu stuknęło 36 lat. To busik, wyposażony w niezbędne rzeczy (kuchenka, gaz, lodówka, miejsce do spania), którym można przejechać się to tu, to tam, gdyż w dalszym ciągu jest sprawny - chociaż na ogół stoi na parkingu. Generalnie Kosa jest fanem jednośladowców. Kiedyś miał motocykl, którym zjechał Polskę i państwa ościenne. Lubi podróże i wędrówki, lubi przemieszczać się z miejsca na miejsce, ale... nie samolotem. Szerokim łukiem omija ten środek transportu. Radość sprawiają mu koncerty z dobrymi dźwiękami, grane przez przygotowane do występu zespoły.
O kulinariach z Kosą raczej nie pogada się. Pod tym względem jest raczej mało wymagający. Do pewnych ‘smakołyków’ (owoce morza, sushi) nie jest przekonany, woli proste smaki. Chyba najbardziej smakuje mu kuchnia, jaką pamięta z dzieciństwa. Jedno jest pewne: lubi faworki portalowej Agrafki. :)
Kosy można długo słuchać (‘nawet, gdyby prowadził kwadrans dla rolników’), jeszcze dłużej o ulubionym redaktorze pisać. Ale kiedyś trzeba postawić końcową kropkę, co niniejszym czynię.
Dzisiejszą Gastrofazę, jak i poprzednie jej odcinki, można odsłuchać na stronie: KLIK.