Początek nowego Roku Księżycowego tuż-tuż. Już za kilkanaście godzin, w Chinach oraz innych państwach azjatyckich, wystrzelą w niebo tysiące sztucznych ogni, a wybuchy petard, gongi i dzwony obwieszczą wszem i wobec początek Roku Bawołu.
Zapewne hucznie i radośnie będzie w Hongkongu, gdzie bywał niedawno Paweł, ale należy przyznać, że i w studiu AntyRadia, przy stole z powyłamywanymi nogami, w oczekiwaniu na nastanie nowego Roku Księżycowego też był radosny nastrój, chociaż sylwestrowiczów tak jakby przy nim (tym stole) za wielu nie było... Powodem zadowolenia i ogromnej uciechy (głównie dla duszy i skołatanych serc) była dzisiejsza oprawa muzyczna – kawałki wyłącznie z zakładki Kosy, które dobry wujaszek Paweł puszczał na antenie swoim najmilszym antysłuchaczom. :)
Bawół też miał oczywiście swoje pięć minut, występując w roli niekoniecznie dla siebie sympatycznej, bo jako rumsztyk, stek czy inny kotlet albo gulasz, do zrobienia którego bawole mięso się nadaje, w takim samym stopniu jak wieprzowina czy drób. Można powiedzieć, że wcielił się dziś niejako w symbol upodobań kulinarnych wielu mieszkańców globu ziemskiego, określanych przez zwolenników innego, opozycyjnego rodzaju jedzenia – mięsożercami. Gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości na jaki temat toczyła się dzisiaj dyskusja przy stole bez nóg, wyjaśniam: mięso czy roślinki – co jadać?
Temat niejednokrotnie poruszany, gdzie tylko się da – w tym chociażby w wielu Gastrofazach, ale jak widać jest to nigdy niekończąca się historia, a jako taka, może być wałkowana jeszcze nie raz i nie setki razy. Wszystkie pysie, ptysie malinowe, kotki i myszki - czyli biesiadnicy blatu, słały gołąbki elektroniczne do Pawła, zwierzając się w nich intymnie, co wolą sobie skubnąć: mięso czy warzywa i dlaczego tak, a nie inaczej. Argumenty na pozór wydawały się nieistotne, jako że w gruncie rzeczy poza tym, że okazać się przecież mogły ciekawe, to i ważne. A wszystko to bez zbędnej ideologii, w prostych żołnierskich słowach – to, co serce dyktuje.
Chyba można powiedzieć, że siły rozłożyły się raczej nierównomiernie – mięsożercy, określani ironicznie padlinożercami, byli w przewadze. A co kryło się w mailach? Ano to choćby, że żadna porcja warzyw nie da takich przyjaznych odczuć gębie, jak porządny kawał tłustego, dobrze przyprawionego, a następnie upieczonego bądź usmażonego mięcha; że wegetarianizm należy zostawić krowom, bo ładnie i sprawnie przeżuwają zielsko; że nie ma to jak porządny schabowy albo rolada (nietrudno zauważyć, że to głos Ślązaka), a ci co nie lubią padliny, niech wsłuchują się w krzyk wyrywanej (z ziemi) i szatkowanej (powinno być raczej – szarpanej) na kawałki sałaty. Były nawet bardzo kategoryczne stwierdzenia, że obiad bez mięsa, to nie obiad, a także marzenia o słusznej wielkości kotlecie schabowym na talerzu, o jakim śni się najczęściej będąc z dala od domu – ot, studiując w innym mieście. Jak się również okazało, miłość do mięsa może być większa od miłości do kobiety (sic!). Niektórzy bez niego żyć po prostu nie mogą. A mówi się, że nie samym mięsem i nie samą zieleniną człowiek żyje...
Pora wyciągnąć wnioski – jedynie słuszne wnioski, oczywiście. Nie ma co się spierać, nie ma co udowadniać wyższości ‘mięsożerstwa’ nad wegetarianizmem lub odwrotnie. Niech każdy je to co lubi i to co chce. I niech nie zapomina o istnieniu ryb (one też miały dzisiaj głos), mogących być złotym środkiem w sporze, chociaż... to jest chyba trafienie jak kulą w płot. Dla wegetarian ryby są również padliną, czyli czymś niejadalnym.
Dzisiejszy Blat można odgrzać sobie jak kotleta z mięsa lub ryby. Jest nagrany i możliwy do odsłuchania TU.