Wróćmy na chwilę do wczorajszego dnia i do wiadomości rozpoczynającej poniedziałkowe KurrANTY. Jedną wzmianką sprawy Oscarów nie opędzi się przecież, tym bardziej, że nie wszystko zostało powiedziane. Fakt, pomimo trzymanych kciuków, Katyń nie zdobył statuetki, ale i tak z oscarowej gali nie wyszliśmy - jako naród - z pustymi rękami. Jest przecież Piotruś i wilk, dzieło wytwórni Se-ma-for, które okazało się najlepszym animowanym filmem krótkometrażowym. Nie od dziś wiadomo, że polskie pacynki są zajefajne i nieźle nam wychodzą.
Miał mieć wczoraj polski film swój wielki dzień, miał go mieć także Tomasz Lis – wielka gwiazda telewizyjna. W mediach huczało od pewnego czasu, że po burzliwym rozstaniu - najpierw z TVN-em, potem z Polsatem - ma wrócić na łono telewizji publicznej. I wrócił. Wczoraj debiutował w niej swoim nowym programem, na żywo. Przez niektórych oczekiwany był on z ogromną niecierpliwością. Spodziewano się czegoś bardziej atrakcyjnego, niż bywało u Lisa wcześniej, czegoś nowego (ach!) i z rozmachem (och!). Ale nie było zaskoczenia. Déjà vu. Jedyna nowość to sonda uliczna wśród przechodniów, przeprowadzona osobiście przez superredaktora. Atrakcją programu byłby może premier Tusk, ale... nie przyszedł, wybierając program u konkurencji – Teraz my, Tomasza Sekielskiego i Andrzeja Morozowskiego. Tak to jest, gdy dwa programy telewizyjne są emitowane na dwóch różnych kanałach prawie o tej samej porze. Każdy kołderkę ciągnie w swoją stronę...
Tomasz Lis wyszedł z mikrofonem na ulicę, Kurranci też wyszli i... poszli do stołecznego ZOO, skąd - co za zbieg okoliczności - też powiało nowością. Z okazji 80. urodzin pojawią się w nim nowe inwestycje, a stare odremontowane. Zyska lamparciarnia i małpiarnia, zmieni się u hipopotamów i rekinów. Nie wiadomo co będzie większą atrakcją – podglądanie hipków od spodu (będą chodzić po szklanej podłodze), czy może basen z rekinami, w którym będą wspólnie pływać opiekun z podopiecznym. Ten pierwszy po to, aby głodnego rekinka nakarmić. Gdyby ktoś ze słuchaczy miał na uwadze kogoś zbędnego (katalog otwarty, nie ma ograniczeń), Kurranci mogą pomyśleć o załatwieniu fuchy - nawet czasowej - jaką jest... uwaga - codzienne karmienie rekinów!
Informacja ze sfer rządowych. Otóż jest minister, który w przeciwieństwie do wielu warszawiaków, wychwalających pod niebiosa metro, zapewne ciągle powtarza, że jego przyjacielem jest samolot (wojskowy). Mowa o ministrze obrony - Bogdanie Klichu, którego podróże z pracy do domu i z domu do pracy kosztują podatnika 40 tysięcy złotych miesięcznie. Pan minister służy bowiem Ojczyźnie w Warszawie, a rodzinie w Krakowie. Te parę kilometrów z pracy na łono rodziny (w piątek) i z powrotem (w poniedziałek) pokonuje w każdy weekend... samolotem. Kolorowa prasa huczy, że taniej byłoby chyba kupić ministru Klichu kawałek Pałacu Kultury, a może nawet całą nieruchomość w stolicy. Taaa...
O czym to było? O Warszawie, w której nie ma toalet publicznych? Fakt, jeszcze ich nie ma, ale będą – już jest na nie kasa. Jeden kibelek ma kosztować dziesięć baniek. Należy spodziewać się pełnego odlotu – będą ze stali nierdzewnej, wandaloodporne, samospłukujące się, samoczyszczące się, z monitoringiem. Za długo się w nich nie posiedzi i książki nie poczyta, tylko tyle ile trzeba, żeby zrobić swoje – w przeciwnym razie włączy się sygnał, na dźwięk którego pojawi się natychmiast straż miejska. Szaletowa burza mózgów już została rozpętana, specjalna komisja powołana, naród - czeka.