Tak się złożyło, że pracowity to był weekend. Tyrały różne grupy zawodowe, w tym oczywiście AntyRadiowcy, gadając do ‘sitka’ w studiu lub... (przepraszam) wydzierając się do tłumów w jakiejś hali sportowej.
Najbardziej pracoholizm dotknął Dżadżyka, który zdarł był swoje gardło we Wrocławiu, prowadząc konferansjerkę eliminacji Konfrontacji Sztuk Walki. Pomimo tego, z wrodzoną poznańską odpowiedzialnością, punktualnością i... uroczą chrypką pojawił się w poniedziałek w Kurrantach. Kto poza nim pracował intensywnie w ten weekend, w który spało się godzinę krócej z powodu przejścia z czasu zimowego na letni? Na pewno premier i prezydent. Nasi przywódcy spotkali się na Helu, aby w cztery oczy poruszyć kwestie istotne dla narodu. Jest takich parę, ale nie ulega najmniejszej wątpliwości, że jedną z najważniejszych jest traktat lizboński. Dobre powietrze musi być nad polskim morzem, bo oto okazało się, że to, co było do tej pory niemożliwe – dogadanie się co do pewnych zapisów umożliwiających przyjęcie dokumentu – nad morzem, w matni prezydenckiej, stało się możliwe. Panie posłanki, panowie posłowie polskiego Sejmu – już będzie można głosować nad tym historycznym traktatem.
Pracowali także lekarze - a jakże, z tym że w ten weekend na spotkaniu w Warszawie, a nie w (zadłużonych) szpitalach i pełnych pacjentów przychodniach. Zorganizowała je Okręgowa Izba Lekarska, aby... nie, nie, tym razem nie po to, aby radzić nad katastrofalnym stanem służby zdrowia, lecz by zaprezentować coś ze świata czterech kółek, a mianowicie super tanie furki. Lekarze mogli się rozejrzeć w tym, co oferuje rynek, a nawet wypróbować siedzeń w samochodach. Jedno jest pewne – w rajstopach dealerów samochodowych coś drgnie niebawem.
Jedni mieli pracowity weekend nad morzem, inni w sali konferencyjnej, a Dariusz Wdowczyk, wzór do naśladowania, sportowiec, piłkarz - wszystko w jednym... w prokuraturze, gdzie był przesłuchiwany na okoliczność brania, dostawania i ustawiania (meczy piłkarskich). Niby przyznał, że jest coś na rzeczy, chociaż z drugiej strony... nakrzyczał na dziennikarzy i powiedział im, że nie mają moralnego prawa go oceniać. I pojechał z jedną z warszawskich drużyn (jako jej trener) pracować, czyli rozegrać mecz, do jakiegoś miasta nad morzem. Niezła kaszana, należy przyznać...
A jeszcze lepszy pasztet – drobiowy, w puszce. Miał jechać do Irlandii autobusem z Zamościa dla kogoś, kto tam pracuje, a o przewiezienie go poprosił kierowcę autobusu pewien młodzian. Puszki wydały się kierowcy zbyt lekkie, no i okazało się, że słusznie - w środku, zamiast pasztetu była marycha. Jak to trzeba uważać, z tym, co się je (i co się przewozi). Nigdy nie wiadomo, co zawierać może puszka z wyrobem mięsnym, poza jadem kiełbasianym, oczywiście.
Normalnie pracowała znana już pani Krystyna – radziła, jak usunąć plamy z owoców. Chińczyk też coś robił... Chyba czyścił zegarek (?). Tak naprawdę tylko on wie, co go tak pochłonęło w jego zajęciu.
Uff, będzie na dzisiaj. Ile można pracować... Jutro też jest roboczy dzień w Kurrantach. Już od 7:00.