Na zegarach 7:00 – Kurranty czas zacząć. Dzieńdybry. :)
Miłość niejedno ma imię. Jedni kochają Kurrant(ów)y, inni daliby sie zabić za jajecznicę (na wędzonce, ze szczypiorkiem), będącą - nie ma co ukrywać - sposobem na pyszne śniadanko. Właśnie ona, rzeczona jajecznica, poróżniła dwóch przyjaciół – takich co to 'na dobre i złe' i nie o to poszło, że jajka były za mało żółte albo skwarek w jajecznicy niewiele, a o to, że jeden - nie czekając na drugiego - wziął był wyżarł z patelni z premedytacją (i z apetytem) całą przygotowaną porcję. To przewinienie, godne największego napiętnowania, nie mogło ujść mu na sucho – w ruch poszedł 'scyzoryk'. Źródła milczą, czy ten, który posłużył do krojenia wędzonki i szczypiorku...
Krakusy z kolei są zakochani w rocznicach i ubóstwiają je obchodzić. Po bitwie pod Grunwaldem, postanowili uświetnić inne wydarzenie historyczne – odsiecz wiedeńską. Z okazji okrągłej – ho, ho już 325. rocznicy tego zwycięstwa, zamierzają stworzyć na Rynku w Krakowie żywy obraz Jana Matejki Sobieski pod Wiedniem... tylko po co? Odpowiedź na to pytanie nie do końca jest znana, ale przygotowania idą pełną parą. Konie w Krakowie zostały policzone – jest ich dosyć, stroje z epoki - dla 'modeli' najprawdopodobniej szyje się. W odpowiednim czasie przebiorą sie w nie, ustawią na Rynku, a następnie... no właśnie, nie wiadomo co następnie. Trzeba poczekać na reżysera tego przedsięwzięcia, bo tylko on to wie. A może to ma być dodatkowa turystyczna atrakcja dla bandy gołych Angoli?
Zarówno dwaj fanatycy jajecznicy na wędzonce, jak i mieszkańcy Krakowa, tudzież innych miast pięknego kraju nad Wisłą na pewno kochaja 'inteligentną' rozrywkę w polskiej telewizji, jaką są szoły. Należy przyznać, jest ich mnogość wyjątkowa. Stacje prześcigają sie w pomysłach, czym by tu zabawić swoich widzów i każą gwiazdkom i gwiazdeczkom – nieraz zupełnie nieznanym szerszej publiczności – tańczyć (z innymi gwiazdami, na parkiecie lub na lodzie), śpiewać, udawać cyrkowców – słowem, wszystko robią, aby zwiększyć oglądalność beznadziejnego i żenującego show. Magnesem ma być także umiejętnie dobrane jury, bez którego program, w którym występują gwiazdy, nie może mieć prawa bytu. Niektórzy jego członkowie zmieniają jak rękawiczki i stacje telewizyjne i swoje w nich role – w jednym show tańczą i poddają się ocenie, w drugim – oceniają innych, jak chociażby Przemek Saleta, który może niedługo pogubić się w nadmiarze ofert. Wszędzie go pełno, zarobić chce w każdej telewizji. Dobrze, że nie ma go jeszcze w nowej, energooszczędnej lodówce Jah Jah.
A co kochają nasi ulubieni posłowie? Nie ma wątpliwości – wyjazdowe posiedzenia komisji, w których zasiadają. Jedna taka – komisja ochrony środowiska – zorganizowała swoje spotkanie w Bieszczadach (dokładnie w Ustrzykach), no ale gdzie miała przeprowadzić swoją sesję, skoro przedmiotem dyskusji były góry – wspomniane Bieszczady i Karpaty, a także współpraca przygraniczna ze Słowacją i Ukrainą w tej 'górskiej' dziedzinie. Najlepiej wszak wszystko zgłębiać na miejscu omawianego tematu (np. o wiatrach - tam, gdzie one wieją). Obrady obfitowały w zażarte dyskusje, trwały dwa dni, ciągnęły się od rana do późnego wieczora. Nic więc dziwnego, że rozmowy musiały toczyć sie także w baro-kawiarni, a że w przybytku tym zazwyczaj jada się i pija (trochę mniej lub trochę więcej)... nic się na to nie poradzi. Kurranci postulują, aby na wyjazdówki udawały sie wszystkie komisje, a w najsławniejszym okragłym budynku w Polsce urządzić supermarket lub aquapark.
Poza tym, w Kurrantach wybrzmiały wiadomości o niespełnionym polskim futboliście i jego pomyśle (Marku Citce), o Franku Zappie w najnowszym numerze Machiny, o polskich samorządowcach – molestujących, dających w łapę, mobbingujących itd. itd., o wysyłaniu żubrów do Holandii, o narkotycznych wizjach biblijnych Żydów, o elitarnym wojsku specjalnym. Niestety, było też o przegranej walce z osrajparkami, prowadzonej przez Dżadżyka... Do jutra.