Nie dalej jak w poniedziałek Machina pływała (z Kapitanem Nemo), dziś przekwalifikowała się radykalnie i wzbiła w przestworza. To za sprawą nietypowych gości - Katarzyny i Artura, małżeństwa, które związało się... w locie.
Admirale! Wznosimy się! Tymi słowami przywitali nas dziś Maszyniści, a fakt ten potwierdziło "pikanie" tajemniczego urządzenia, które (jak się później wyjaśniło) służy do pomiarów wszelakich - tego, czy dany obiekt wzbija się w powietrze, czy może już opada i jeśli tak - to z jaką prędkością doleci do ziemi. Oczywiście (niestety) samoistnie nie polatamy. Goście dzisiejszego wydania AR Machiny latają "na skrzydłach", czyli paralotniach bezsilnikowych. Łosiu (czyli Artur) zaczął latać około roku 1997, najpierw latał za dziewczynami, a później przesiadł się na paralotnię. Na kursie dla paralotniarzy, uczących się dziewczyn było raczej mało, była jednak ta jedyna, wyśniona, wymarzona - Kaśka. Razem więc nauczyli się latać i latają tak do dziś. Mało tego, nawet ślub wzięli w locie! Odbył się on na górze Żar, z której bardzo często startują. Był latający ksiądz (batman?!), latający goście, latająca suknia ślubna, zabrakło tylko latającego pieczonego prosiaka z jabłkiem zatkniętym w ryjek. Ten czekał na nich na dole, gdzie znaleźli się po około dwudziestominutowym locie. Po czym poznać, że dzień jest odpowiedni, by polatać? To pytanie zadał Vito, fan wszelkich maszyn latających, latania i wszystkiego co się z tym wiąże. Po pierwsze, musi być ładna pogoda. Gdy na niebie świeci ładne słońce i towarzyszą mu "chmurki - baranki" to znak, że są dobre prądy powietrzne, sprzyjające udanemu lotowi.
Goście wyznali, że latanie jest podobne do nurkowania. Z powodów całkiem prostych - gdy już się leci, nie można zrezygnować (tak samo, jak nie można od razu wypłynąć na powierzchnię), człowiek zdany jest tylko na siebie i (co chyba najważniejsze) zupełnie inaczej odbiera świat. Każdy dźwięk, obraz, w powietrzu jest zupełnie inny niż na ziemi. Na przykład wyładowania atmosferyczne, pieruny, w powietrzu brzmią jak suche trzaski, łamane patyki. Poza tym, lecąc można zobaczyć baaaaaardzo dziwne rzeczy. Kaśka na przykład będąc jakieś 2000 metrów n.p.m. widziała... konia. Na początku trochę się wystraszyła, pomyślała, że... więcej nie będzie pić. Odetchnęła jednak z ulgą, gdy okazało się, że to balonik, który najpewniej uciekł jakiemuś dziecku.
Jakby nie patrzeć - takie latanie to same plusy. Może i jest trochę niebezpieczne, ale z pewnością więcej wypadków ma miejsce na naszych polskich drogach. Pozostaje tylko kwestia finansowa. Ile? Okazuje się, ze wcale nie tak dużo. Na całkiem dobry sprzęt wydamy około 6 tys. zł. Do tego doliczyć należy kurs, bo samemu lepiej się nie uczyć. Pamiętać należy, że kręgosłup mamy tylko jeden!
Dochodziła nieubłaganie godzina 21, należało więc gości pożegnać. A że rozbieg w studiu raczej kiepski i wieczorem prądy słabe, Kaśka i Artur do domu udali się na piechotę. Zatem życzymy, powtarzając za Maszynistami, tyle samo lądowań, co i startów.
W drugiej godzinie programu, tradycyjnie już, dyskusja mailowa. O tym czy zdarzyło się słuchaczom latać, niekoniecznie chodzi o loty sensu stricte. I się zaczęło - paralotnie, glajdy, bungee, szybowce, skoki na sankach, snowkiting, latanie na desce surfingowej... Uff! Całkiem dużo. Pozazdrościli więc Admirałowie i stwierdzili, że gdy tylko zacznie wiać, wyskakują na Pole Mokotowskie łapać wiatr!
PS Kilka programów temu Redaktorzy apelowali do słuchaczy - jeśli robicie coś ciekawego, nietypowego, szalonego - chwalcie się tym. Machina popiera wariatów i chętnie zaprosi ich do studia. I oto Kaśka z Arturem się pochwalili. Są żywym przykładem na to, że każdy (i Ty, i Ty, i Ty, i Ty kolego i koleżanko też) może zostać gościem AntyRadio Machiny. Piszcie więc, mailujcie i faksujcie. Piszcie też, jeśli chcecie poprowadzić specjalne wydanie Machiny. Czas - do piątku!