Świnia fruwa na okładce albumu Pink Floydów, a krowa… okazuje się, że nie jest gorsza. Poczciwa mućka latała dzisiaj u Pawła w programie, zaliczając po raz kolejny swoje ‘pięć minut’. Dokładnie rzecz ujmując, może nie tyle ona sama jako taka, co raczej jej mięso, pozyskiwane po zakończeniu przez nią żywota.
Wołowina… Jeden z popularniejszych surowców do przygotowania zarówno małego, jak i dużego co nieco, znany doskonale i intensywnie wykorzystywany w kuchni europejskiej (od północy na południe), amerykańskiej i nawet afrykańskiej, mniej natomiast lub wcale w azjatyckiej. Mięso to ma zarówno swoich zdecydowanych miłośników, którzy przedkładają ją nad świninę (chociażby), bo jest tak jakby mniej kaloryczne od wieprzowiny – a przez to może i bardziej zdrowe, ale również i przeciwników, którzy wołowiny nie tykają się w ogóle. Ci ostatni mają oczywiście swoje argumenty na ‘nie’.
Co by nie mówić, wołowina zasługuje na ‘ochy’ i ‘achy’. Co z niej można? Oj, dużo można. Zarówno na śniadanie, obiad czy też kolację, na co dzień i od święta, na bogato i całkiem prozaicznie. Mało tego, są dania, których nie da się zrobić z innego kawałka mięsa jak z mućki, bo inaczej dokona się czegoś w rodzaju ‘profanacji’ potrawy. Najlepszym tego przykładem jest klasyk nad klasykami, czyli boeuf strogonow (stroganowem nieraz zwany), czy też elegancki tatar, bywalec niejednego przyjęcia. Nie ma zmiłuj, do przygotowania tych dań potrzebny jest ładny kawałek wołowiny, a nie drób czy wieprzowina. Nie musi to być zresztą od razu polędwica, najdelikatniejsza część wołowej tuszy. Inne krowie kawałki też do tego nadają się. A poza tym, należy przyznać rację tym, którzy twierdzą, że właśnie z tego mięsa wychodzą najlepsze bitki, zrazy, steki, rumsztyki i gulasze.
Dzisiaj Paweł dorzucił trochę do pieca. Poza polędwicą jako taką (mniam, mniam), zaistniało wołowe carpaccio oraz mnóstwo innych dań, reprezentujących kuchnie całego świata. Były więc szwedzkie pulpety wielkości orzecha włoskiego, znane jako köttbullar oraz polskie zrazy zawijane, występujące w poszczególnych regionach pięknego kraju nadwiślańskiego pod różnymi nazwami. Był pospolity gulasz i bitki, były burgery, a także wołowina teriyaki (popisówka Pawła z japońskimi składnikami) i francuska wołowina po burgundzku – czyli sławny boeuf bourguignon według pomysłu Julii Child. Nie zabrakło także czegoś z kuchni hinduskiej, chociaż wiadomo, że w Indiach krowy się czci, a nie zjada. W tym przypadku chodziło jedynie o pomysł. Oryginalne samosy też nie robi się z ciasta francuskiego i nie faszeruje się ich wołowiną – jak zrobił to Paweł. Ale od czego jest kreatywność?