Taka pogoda mogła zdarzyć się tylko trzynastego, wszystko jedno jakiego miesiąca. Trafiła się dzisiaj – 13 czerwca. Brzydki, chmurno-deszczowy dzień, który nie sprzyja dobremu nastrojowi, a wręcz przeciwnie – może go zupełnie zepsuć albo wpędzić w melancholię. Padało cały czas, mniej lub bardziej intensywnie. Jak to niektórzy mówią, ‘psia pogoda’, a w taką podobno nawet psa trudno wypędzić z domu. Psa tak, ale nie ją. Ona wypuściła się wręcz sama i poleciała... hen, prosto z warszawskich Bielan na Żurawią do studia Antyradia. Wszak nie ma złej drogi do mojej niebogi... O kim mowa? O lubiącej m.in. mądrości ludowe, którymi podpiera się od czasu do czasu z przyjemnością, dzisiejszej gościówie Pawła. Była nią niżej podpisana Agrafka, znana pod takim nickiem i takim imieniem jedynie wśród społeczności AntyFanowskiej, wśród innych natomiast występująca jako Hanna Sylwestrowicz.
Poza przysłowiami, porzekładami i wszelakimi innymi mądrościami ludowymi, tudzież generalnie ‘zabawą’ językiem, praktykowaną na co dzień w życiu zawodowym (jak to u lingwisty stosowanego bywa), lubi też latać. Latać w tym dosłownym znaczeniu, czyli przemieszczać się z miejsca na miejsce na skrzydłach samolotu. Metalowy ‘potwór’, potrafiący pokonać tysiące kilometrów w relatywnie krótkim czasie, frunąc w powietrzu na wysokości kilku tysięcy metrów, nie wzbudza w niej uczucia strachu. Tak samo pewnie i bezpiecznie czuje się w nim, jak na lądzie lub morzu, podróżując samochodem czy pociągiem albo też statkiem.
Należy przyznać, że podróżowanie samolotem, to ogromna oszczędność czasu, pewna wygoda i bezpieczeństwo, ale nie wszyscy tak to widzą i tak do tego podchodzą. Mnóstwo ludzi nie lubi tego środka transportu, unika jak ognia i nie widzi powodu do zachwytu nad nim. Są tacy, którzy wcale nie są zadowoleni (delikatnie rzecz ujmując), gdy przyjdzie im fruwać w powietrzu na urlop, krótszy lub dłuższy wypoczynek, bądź też konferencję czy inne spotkania zawodowe. Lecą, bo nie mają innego wyjścia, chociaż na samą myśl o podróży samolotem dostają dygotek, gęsiej skórki, wysypki, bólu brzucha, mniejszej lub większej histerii. I to bez względu na to, czy lecą po raz pierwszy w życiu, czy po raz pięćdziesiąty.
Panicznie boją się wsiąść do samolotu. Jak to określił jeden z biesiadników – ‘dupę mają pełną strachu’ i nie raz nie obejdzie się bez ‘znieczulenia’ promilami zanim to zrobią. Wolą nadłożyć drogi, znosić niewygodę i zmęczenie, a nie zdawać się na kondycję i zdolności innych. Powód? Widmo katastrofy, której może ulec metalowy ptak, a która to przecież może zdarzyć się i w podróżach innymi środkami transportu, niekoniecznie samolotem. Paraliżujący strach i obawa, a paradoksalne w tym wszystkim jest to, że latanie nadal uznawane jest za najbezpieczniejszą formę transportu, o czym jasno stanowią statystyki, wykazując czarno na białym, że w o wiele większym stopniu ryzykuje się życiem jadąc samochodem, autobusem, pociągiem czy nawet rowerem albo płynąc jakąkolwiek ‘balią’ po morzach i oceanach.
Dużo o lataniu było przy dzisiejszym stole z powyłamywanymi nogami, ale taki właśnie ciekawy, wyrrrazisty i wzbudzający konkrrretne emocje temat (jak zawsze zresztą) Paweł wytrzepał z rękawa i rzucił do omówienia przez biesiadników, skupionych przy blacie. A skoro było o lataniu i fruwaniu wszelakim (paragliding, lotniarstwo, szybownictwo), obawach i przyjemnościach z tym związanych (bo są oczywiście takowe), to nawiążmy może jeszcze odrobinę do dzisiejszej gościówy.
Przyleciała jak na skrzydłach (chociaż metrem), bez najmniejszych obaw, a z przyjemnością właśnie, aby skonfrontować się i z pytaniami 'z grubej rury', i z różnymi prowokacjami, i z niespodziankami, o których wujcio ledwo napomknął wcześniej na antenie, a które miały ją spotkać. Jedną z nich okazało się być żółte jak gruszka mango prosto z Indii - soczyste, rześkie i zniewalające, w smaku przepyszne i generalnie wywołujące stan bezbrzeżnej ekstazy. I to był niejako punkt wyjścia, aby polecieć po całości... cokolwiek miałoby to znaczyć, łamiąc przy okazji konwenanse, jeśli w ogóle takowe występują w postmodernistycznym paśmie poszukiwaczy przygód. Ale czy nie jest to sposób na chmurny, ponury, deszczowy dzień i oklapły nastrój, któremu bezwzględnie zawsze należy stawiać opór i pokazywać gdzie raki zimują? Czy jest coś lepszego niż śmiechem go zabijać, a dodatkowo koić się wspaniałą muzyką, misternie dobraną i puszczaną przez Pawła?
Dzisiejszy Blat jest możliwy do odsłuchania – wystarczy kliknąć TU.