Kiedyś bębniarz Closterkellera, dzisiaj szef dźwięku w Hard Rock Cafe. On właśnie był gościem Pawła w poniedziałkowej Gastrofazie.
Piotr ‘Peterek’ Bieńkowski - bo o nim to mowa, jako szef techniczny knajpy (od początku jej istnienia) odpowiada za to, aby dobrze brzmiała w niej muzyka, głównie podczas koncertów, które praktycznie są organizowane tutaj codziennie. Nigdy nie próbował liczyć, ile metrów - a może kilometrów - kabli i przeróżnych instalacji jest pod jego opieką. Troszczy się o nie na co dzień i od święta, zapobiegając awariom, w wyniku których mogłoby zabraknąć prądu, gazu, wody, światła. Przede wszystkim pilnuje jednak tego, co dzieje się na scenie. Nie ma z tym problemu, a rozkładania kabli nie poczytuje jako dyshonoru. Kiedyś sam bardzo dużo grał, z Closterkellerem zaliczył setki tras koncertowych, a teraz dba o to, by innym dobrze się grało. Zbiera ich indywidualne zapotrzebowania (ridersy) i realizuje je, nawet jeśli nie dotyczą one bezpośrednio sprzętu muzycznego, nawet jeśli jest to tylko (lub aż) prośba o ‘emenemsy’ wyłącznie w odcieniu zielonym. Okablowywał mniejszych i większych. W pamięci utkwił mu szczególnie występ Fishbone – kapela skromna, spokojni, ale jak zagrała, to trudno było nie przysiąść.
Od bębnów tak zupełnie nie odszedł, wali w nie od czasu do czasu. Ma je rozstawione w swojej służbowej kanciapie. Wieczorami siada i ćwiczy, żeby utrzymać formę. Czeka na odpowiedni moment, żeby zagrać jeszcze na scenie pierwsze skrzypce. Marzy mu się trasa koncertowa. Przycupnięty w Hard Rock Cafe (póki co), oczekuje momentu, żeby pokazać pazura. Niektórzy muzycy, znający go z przeszłości, już teraz zapraszają go na scenę. Wyciąga wtedy z kanciapy swoje bębny, instaluje je i... grają razem.
Nie tylko rozbudowane systemy perkusyjne są jego chlebem codziennym. W takim samym stopniu czuje miętę do starych samochodów. Od dwunastu lat porusza się po ulicach Warszawy wielce oryginalnym i kontrowersyjnym pojazdem o dźwięcznym imieniu ‘Pirat’, będącym składakiem zrobionym na wzór Alfy Romeo z 1930 roku. Swojego czasu kupił go w częściach, w kartonie, bez instrukcji obsługi i złożył razem z ojcem. Jest w ślicznym żółtym kolorze, siedzi się w nim jak w dwuosobowym kajaku. Cudo będzie przemalowane i udekorowane malunkami płomieni, trupiej czaszki, a może i konturu gitary. Od niedawna jest posiadaczem kolejnego auta - białego ‘ogórka’ (Volkswagena), rocznik 1979. Podobno takich samochodów wyprodukowano zaledwie pięćdziesiąt. Słyszał, że w Warszawie, obok jego białego, jest jeszcze jeden ‘ogórek’ tego rocznika – czerwony. Dzisiejszy gość Pawła zamierza zrobić z niego ‘balangobusa’ - wszystko z niego wywalić i zainstalować w nim zupełnie nowe rzeczy, najwyższej jakości, przede wszystkim sprzęt grający, monitor i wszystko to, co potrzebne jest do dobrej zabawy. To będzie taka jeżdżąca dyskoteka. Nie zabraknie w nim modułu gastronomicznego z lodówką, bo jedzenie to istotny element dobrej balangi.
Skoro dotknęliśmy kulinariów... Piotr Bieńkowski jest klasycznym przykładem antytalentu w tej dziedzinie. Jedni odczuwają właściwy smak w łososiu i kawiorze, on w parówce - ugotowanej, naciętej i wzbogaconej kawałkiem żółtego sera wetkniętym w nacięcie. Zdecydowanie lepiej sprawdza się jako konsument, niż kuchcik. Jedyna umiejętność jaką posiada - bardziej okołokulinarna, niż kulinarna - to ostrzenie noży. Ślusarze to potrafią.
I takie (w wielkim skrócie) są smaki Piotra Bieńkowskiego.