W piątkowy wieczór, w studiu Gastrofazy miało miejsce miękkie lądowanie... Perfekcyjnie i miękko lądującym był dzisiejszy gość Pawła.
Zrobił to tak samo doskonale, jak 5 lipca 1978 roku na stepach Kazachstanu, wracając z podróży w kosmos... Wszystko jasne? Wiadomo, kto był gościem Gastrofazy w piątkowy wieczór? Oczywiście – gen. Mirosław Hermaszewski, pierwszy i jedyny polski kosmonauta.
Należy przyznać, że wyjątkowa to postać, po prostu nasza duma narodowa. Jest w końcu jedynym Polakiem, który zna odpowiedź na pytanie, jak to jest ‘być w kosmosie’. Jak sam przyznał, zaraz po tym wydarzeniu, gdy wrócił do kraju, oznaki radości, uwielbienia, podziwu, fascynacji oraz traktowania jako bohatera narodowego trochę go krępowały, ale... takie, a nie inne były odczucia wszystkich – lot pierwszego Polaka w kosmos był naprawdę czymś wielkim. To jedno z większych wydarzeń ubiegłego wieku.
Tamten poranek – 27 czerwca 1978 roku - pamięta doskonale. Oczekiwanie było duże, do lotu w kosmos był przygotowywany przez półtora roku. Noc przed tym wydarzeniem spał bardzo dobrze, bez tabletek nasennych przepisanych przez lekarza. Nie czuł strachu i zdenerwowania, krok po kroku przechodził odpowiednie procedury, jakim podlegali pozostali kosmonauci – zwykłe badania lekarskie, badania na specjalnej aparaturze, a następnie ostatnie ziemskie śniadanie, obejrzenie filmu Białe słońce pustyni, napisanie listów do rodziny, przebranie się i w końcu odjazd w kierunku wyrzutni rakietowej.
Wielokrotnie pytano generała, gdzie jest piękniej – na ziemi, czy w kosmosie, a on za każdym razem odpowiadał, że widok matki Ziemi z kosmosu jest fantastyczny. Należy dać wiarę gościowi Gastrofazy, że tak właśnie jest, w końcu to on widział kulę ziemską za dnia i w nocy jak na dłoni, on podziwiał wschody i zachody słońca, morza i oceany w różnych barwach i odcieniach, rozróżniał poszczególne kontynenty. Muru chińskiego nie widział (bo jest to niemożliwe, aby go dostrzec), ale widział autostrady (sic!), rzeki, jeziora, światła wielkich miast, błyszczące nocą. Najpiękniej błyszczały te polskie... Móc to wszystko zobaczyć, było bardzo silnym przeżyciem dla gen. Hermaszewskiego, ale nie mniej mocno przeżywał powrót na Ziemię, kiedy lecąc z ogromną prędkością, statek kosmiczny zanurzając się w atmosferę, zamienił się jak gdyby w płonący meteoryt. Do tej pory pamięta te języki żywego ognia. Chyba wtedy odczuwał trochę strach.
W misji kosmicznej prowadzi się ‘normalne’ życie – wypełnia pewne obowiązki, obserwuje Ziemię, śpi i oczywiście odżywia. Co prawda na statku kosmicznym nie było mikrofalówki, ale przy pomocy innego urządzenia podgrzewało się obiady. Okazuje się, że menu kosmonauty jest w gruncie rzeczy podobne do ziemskiego jedzenia, z tym że potrawy są przygotowane w specjalny sposób - są liofilizowane, czyli pozbawione wody. Żeby zmniejszyć jej deficyt – co jest normalną rzeczą na statku kosmicznym, pozyskiwało się ją z potu kosmonautów, po uprzednim go zregenerowaniu.
Poza kosmicznymi, gen. Hermaszewski ma mnóstwo doświadczeń ziemskich, w tym kulinarnych. Lubi dobre jedzenie i chociaż zazwyczaj małżonka przygotowuje potrawy, to według cichego podziału obowiązków, mięso i ryby – szczególnie te na święta - należą do niego. Jego specjalnością jest nadziewany indyk oraz szynka wędzona, która w smaku jest ponoć lepsza od parmeńskiej. Drugą specjalnością generała jest dziczyzna – tajniki jej obróbki przekazywane są w rodzinie z pokolenia na pokolenie. Do dziczyzny pasuje czerwone wytrawne wino, które generał co roku wyrabia własnoręcznie z czerwonych winogron.
Długo jeszcze można byłoby rozmawiać, ale gość Pawła musiał... lecieć. Tym razem do znajomego Tadeusza, celebrującego imieniny już dziś. Miękkiego lądowania, panie generale. :)