Odgrywanie roli Marcysi w serialu Złotopolscy było dominującym zajęciem dzisiejszego gościa Pawła przez długie jedenaście lat. Było, ale się skończyło. Aktorka podziękowała właśnie bardzo grzecznie producentom tasiemca za współpracę, bo doszło do niej, że ma jeszcze coś innego do zrobienia w życiu. Odcina się od Złotopolskich, wychodzi z ‘szuflady’, w której tkwiła tak długo i stawia czoła nowej rzeczywistości – idzie w śpiew. Ale może po kolei, co?
Wypada zacząć od przedstawienia gościa, bo nie każdy śledzi serial i dzieje rodu Złotopolskich (zdarza się tak), a przez to może nie identyfikować postaci, przynajmniej natychmiast. Kto więc nim był? Chodzi oczywiście o Magdalenę Stużyńską-Brauer, aktorkę znaną, lubianą, entuzjastycznie przyjmowaną wszędzie tam, gdzie się pojawi. Ogromną popularność zdobyła głównie dzięki serialowi, chociaż ma na swoim koncie i kilkanaście innych ról filmowych, i można ją oglądać na co dzień w warszawskim teatrze Kwadrat, a ostatnio także w Kamienicy - prywatnym teatrze Emiliana Kamińskiego. Sama przyznała, że rola Marcysi w Złotopolskich, zdobyty w ten sposób rozgłos, rozpoznawalność i popularność, dały jej parę dodatkowych możliwości sprawdzenia się w innych rolach – prowadziła m.in. programy w telewizji, występowała w reklamach (nic przeciwko nim nie ma), a także... śpiewała z profesjonalną orkiestrą filharmonii.
A ma czym śpiewać dzisiejszy gość Pawła, oj ma! Jest posiadaczką sopranu koloraturowego, którego tak naprawdę do tej pory nie prezentowała nigdy bardzo szerokiej publiczności. Nie jest absolwentką akademii muzycznej, nie ma ukończonych studiów w tym kierunku, a potrafi wyciągać najwyższe dźwięki. Śpiewu operowego uczyła się przez wiele lat u wybitnych śpiewaczek. Jej wzorem (pod każdym względem) była Bogna Sokorska, w której była niemalże zakochana i zapatrzona jak w święty obrazek. W świecie muzycznym ma swoje idolki i ulubione śpiewaczki, wśród których wyróżnia zdecydowanie Montserrat Caballé (niegrzeczne dzieci eteru powinny identyfikować tę divę operową z Barceloną i Freddiem Mercurym).
Można powiedzieć, że rozwód ze Złotopolskimi Magdalena Stużyńska wzięła z powodu... śpiewu. Wyjątkowo i szczególnie lubi to zajęcie. Śpiewanie to jej ogromna radość i pasja. Chce się rozwijać w tym kierunku, chce spróbować coś zrobić, wykorzystując w tym celu swój wyszkolony przez lata głos. Ma dwa śmiałe pomysły do zrealizowania - po pierwsze bardzo chciałaby nagrać płytę z kolędami, a po drugie - zaprezentować się swoim przyjaciołom w koncercie, w którym wykonywałaby utwory dobrane przez siebie – te najbardziej ulubione z jej repertuaru. Chciałaby po prostu pokazać im to wszystko, czego nauczyła się na lekcjach muzyki.
Co jeszcze lubi, a czego nie lubi Magdalena Stużyńska? Na pewno nie lubi pokazywać swojej prywatności. Mówi najchętniej o wszystkim, tylko nie o swojej rodzinie. Życie domowe to w jej mniemaniu pełna intymność, a opowiadanie o nim to jakby rozbieranie się publicznie do naga. Sama też nie czyta w kolorowych pismach o prywatnym życiu innych – to ją krępuje. Nie kręcą jej także tańce - bez względu na to czy na lodzie, czy też na parkiecie, ani śpiewanie w różnorakich 'szołach'. Nie identyfikuje się z takimi programami, to nie jej świat, chociaż podziwia jednocześnie swoje koleżanki i kolegów po fachu, którzy podejmują się takich wyzwań.
Należy przyznać, że Magdalena Stużyńska poruszyła niejedno męskie serce podczas audycji, a na pewno wzbudziła sobą zachwyt pewnego Mariusza. Jest dla niego chodzącym ideałem – mądra, inteligentna, bardzo kulturalna, dowcipna, troskliwa, dobra i przy tym wszystkim... piękna. Chciałby, aby jego wybranka i żona in spe była choć w połowie tak wspaniała. Taaa... Szukaj, stary, może się uda.