Kończy się tydzień, kończy się marokańska przygoda smakoszy życia.
Dzisiaj w Gastrofazie - zgodnie z obietnicą - podsumowanie czterodniowej podróży po Agadirze oraz bliższej i dalszej okolicy tego marokańskiego kurortu nad Oceanem Atlantyckim. Do omówienia zostały dwie rzeczy - narodowa potrawa Marokańczyków – tadżin (wymawiana także na francuską modłę jako ‘tażin’) oraz nie mniej narodowy w swoim charakterze napój – zielona herbata. Te dwa elementy kuchni marokańskiej to postawienie kropki nad i w afrykańskiej podróży Gastrofazowiczów.
Maroko bez tadżinu i miętowej herbaty... nie, to niemożliwe! Nie ma takiej opcji. Bez nich Maroko nie byłoby chyba Marokiem, tak jak Paryż nie byłby Paryżem bez wieży Eiffla, a Rzym Rzymem bez Colosseum. Jedno i drugie to symbole kuchni marokańskiej. Co o nich wiadomo?
Tadżin, który świat poznał dzięki Marokańczykom, to z jednej strony tradycyjne marokańskie naczynie, wykonane ze specjalnej gliny, przypominające swoim wyglądem głęboką miskę z pokrywką w kształcie stożka, która jest zakończona uchwytem, a z drugiej strony... to nazwa potrawy pochodzenia berberyjskiego, która w tym naczyniu jest przygotowywana. Tadżin ma wiele twarzy, może być w wielu odmianach, bo z różnych produktów można go sporządzać – z kurczaka, jagnięciny, ryby, warzyw, samych ziemniaków. Specyficzny smak potrawa uzyskuje dzięki orientalnym przyprawom, których w glinianej misce - obok podstawowego składnika - raczej nie brakuje. Trzeba przyznać, dodaje się ich dużo. Może to być cynamon, imbir, gałka muszkatołowa, curry, kurkuma, kumin, kolendra, szafran... wymieniać by można było jeszcze długo. Znaleźć się w niej może i ostre chili, i pieprz czy czosnek, ale także słodkie rodzynki, suszone śliwki czy daktyle. Bardzo często do dodaje się do niego kiszone cytryny, które w smaku są... nie da się ukryć... cierpkie. ‘Coś’ w nich jednak jest, co dodaje potrawie specyficzny, wyrrrazisty smak. Nawet mały ich kawałek mocno ją aromatyzuje. Podobno każdy kucharz ma własny przepis na tadżin i doprawia to danie po swojemu. Podaje się je z berberyjskim chlebem, który w warunkach polskich można zastąpić pitą, a wygarnia się je z glinianej miski... palcami.
Marokańska miętowa herbata... Jest najpopularniejszym napojem w Maroku, nieodzownym elementem tamtejszych posiłków. Pije jej się mnóstwo, jest wszechobecna w tym kraju. Tutaj należałoby coś wyjaśnić. Zwykło się uważać, że parzy się ją z samej mięty – skoro to herbata ‘miętowa’, a okazuje się, że niezupełnie tak jest. Tradycyjna thé a la menthe, czyli marokańska miętowa herbata, słodka jak ulepek od mnogości cukru, jest w zasadzie... zieloną chińską herbatą. Marokańska w niej jest na pewno świeża mięta, której cały wiecheć dodaje się do parzenia. Jej przygotowanie to niemalże cały ceremoniał. Nie mniej spektakularne jest jej serwowanie. Herbatę nalewa się do specjalnych (wysokich i wąskich) szklanek z pewnej wysokości, często napełniając je do połowy. Jedni twierdzą, że ten ‘rozmach’ jest po to, aby na powierzchni napoju wytworzyła się pianka, inni z kolei, że po to, aby herbata schłodziła się nieco podczas ‘lotu’. W restauracji, przy jej nalewaniu kelnerzy osłaniają gości talerzykiem, co by ich nie obryzgać. Marokańska miętowa herbata jest dobra i orzeźwiająca – chociaż słodka, ale trzeba ją pić gorącą. Tylko wtedy gasi pragnienie i ma odpowiedni smak.
I to by było właściwie na tyle w kwestii Maroka. Co teraz? Nie pozostaje nic innego, jak walizkę zapiąć, plecak zawiązać i... fiuuu. Kierunek – północna Afryka. :)
Przed wyjazdem można odsłuchać zarówno ten odcinek Gastrofazy, jak i poprzednie, jeszcze raz - o, TU.