Dzisiejszym gościem Gastrofazy był Paweł Stasiak, członek legendarnego zespołu Papa Dance, powstałego w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, grającego muzykę pop i dance.
W tamtym czasie kapela była wielkim wydarzeniem kulturalnym polskiego showbiznesu, a każda jej piosenka osiągała szczyty popularności, stając się najprawdziwszym przebojem. Zespół przechodził różne koleje losu od chwili powstania w 1984 roku i zagrania pierwszych swoich utworów. Jego członkowie zmieniali się (mówi się o pierwszym i drugim składzie kapeli) - pojawiali się, odchodzili, wracali, żeby utworzyć grupę na nowo. Rozpadali się i łączyli, ale przede wszystkim jednak grali, gromadząc wokół siebie tysiące rozhisteryzowanych fanek. Nie ma potrzeby nikogo przekonywać, iż zawsze największe emocje swoją osobą wywoływał dzisiejszy gość Pawła – wokalista Papa Dance, który na samym początku istnienia kapeli zaledwie śpiewał w chórkach...
W latach osiemdziesiątych, Paweł Stasiak był wielką gwiazdą muzyki pop - dumą i produktem eksportowym PRL. Zespół dużo koncertował za granicą, wyjeżdżając przede wszystkim do krajów, których dzisiaj na mapie już nie ma. Trasy koncertowe Papa Dance obejmowały miasta Związku Radzieckiego, NRD, Czechosłowacji. Śpiewał także dla Polonii amerykańskiej, ale to już były trochę późniejsze czasy.
Pomimo wielkiej popularności, jaką zespół cieszył się w Polsce i w zaprzyjaźnionych 'demoludach', pomimo tysiąca wydanych płyt i kaset oraz codziennej obecności w programach radiowych, Paweł Stasiak nie został milionerem, a przynajmniej takim się nie czuje. Nie może powiedzieć, że choć ciężko (ale z jaką przyjemnością i z jaką satysfakcją) pracował przez wiele lat, może teraz odcinać kupony i spać na forsie. W siermiężnym PRL-u było to wszystko w dziwny sposób ułożone. Wykonawcy muzyki nie mieli tantiem, ilość wydanych płyt z ich utworami nijak przekładała się na zarobki, chociaż – nie ma co ukrywać – prawdziwe gwiazdy (a do takich przynależał) zarabiały na codzienne życie o wiele lepiej niż zwykli śmiertelnicy. Ich zarobki pozwalały na byt na dobrym poziomie, a to że wokaliści zgarniali forsę jedynie za minuty zarejestrowane ‘na taśmie wielośladowej’, co należy rozumieć w ten sposób, że opłacało się, aby wykonawcy wspomagani byli przez chórki, bo wtedy tych nagranych minut było jakby więcej – to już inna rzecz, to niemalże szczegół, nie mający większego znaczenia.
Można powiedzieć, że Paweł Stasiak, dziś prawie czterdziestolatek, nic się nie zmienił od czasu, gdy fanki skakały pod sceną wpatrzone w niego jak w obrazek, słysząc Naj story, Kamikadze czy Maxi Singiel. Wygląda młodo, tak jakby czas się go nie imał, chociaż – jak sam przyznaje - botoksu w nim nie ma, jako i nie ma wszczepionych złotych nitek w zmarszczki mimiczne. Po prostu o siebie dba, bo musi - z racji wykonywanego zawodu. Po zaprzestaniu działalności pod koniec lat dziewięćdziesiątych, zespół reaktywował się parę lat temu i zaczyna na nowo zaskarbiać sobie sympatię fanów, a właściwie fanek. Starzy, wierni o nich nie zapomnieli (zespół na to liczył), zaczęli pojawiać się nowi. Jest to bardzo miłe i budujące.
Paweł Stasiak zamierza pozostać na scenie jak najdłużej. Terminarz napięty jak... ścięgna baletmistrza (którym o mały figiel nie został), kalendarz pełen koncertów i cóż... nothing else matters. Czyżby ta piękna pieśń by Metallica, kończąca audycję, miała być w jakikolwiek sposób znamienna?