W środowy wieczór studio Gastrofazy zaszczycił swoją obecnością aktor teatralno-filmowo-telewizyjny, który jest znany z tego, że z równym powodzeniem gra role dramatyczne, jak i komediowe.
Artur Barciś, rocznik 1956 – bo o nim mowa – należy do aktorów wszechstronnie uzdolnionych. Kocha swój zawód, jest on pasją jego życia. O tym, że w przyszłości zostanie aktorem postanowił będąc w szkole podstawowej, mając zaledwie osiem lat. Przez dorosłych bardzo często jest identyfikowany z rolą Norka z telewizyjnego serialu Miodowe lata, a z kolei przez najmłodszych jest rozpoznawany jako pan sympatycznego psa Pankracego. No tak, to ta potęga telewizji, która pozwala oglądać ulubione postacie ile i kiedy się chce, bez ruszania się z domu. Częsta obecność aktorów na szklanym ekranie przynosi im ogromną popularność (z jej objawami Artur Barciś spotyka się w życiu codziennym), ale także i zagrożenie specyficznego zaszufladkowania do jednej roli. Nie wiadomo, co byłoby gorsze – Norek czy Pankracy do końca życia, w każdym razie dzisiejszy gość Pawła z jedną i drugą postacią już pożegnał się... pozostając z nimi w dalszym ciągu w przyjaźni.
Jak sam przyznał, lubi każdy sposób uprawiania swojego zawodu. Dobrze się w nim czuje zarówno jako aktor teatralny, filmowy, czy telewizyjny, sprawia mu także przyjemność występowanie na estradzie (został nawet kiedyś laureatem Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu). Najbardziej ukochał sobie teatr i bezpośredni kontakt z widzem. To jest dla niego bardzo ważne. Dla pełnego zadowolenia z tego, co robi, tego kontaktu wręcz potrzebuje. Praca w teatrze jest najszlachetniejszym sposobem wykonywania zawodu aktora, a to przez to, że następuje natychmiastowa weryfikacja tego, co się na scenie dzieje. Aktor widzi, czy sztuka, na którą przyszedł widz, wzbudziła zainteresowanie czy znudzenie, a także czy jego gra była porywająca czy zaledwie dobra, a może wręcz kiepska. Chyba to właśnie świadczy o satysfakcji, jaką może dać praca w tym pasjonującym i ciekawym zawodzie.
Teatromani z zachwytem wspominają sceniczne role Artura Barcisia (chociażby Adolfa Hitlera czy Żyda Lejzorka), podczas gdy kinomani i telewidzowie zachwycają się jego epizodycznymi (ale jakże niebanalnymi) rolami w filmach Krzysztofa Kieślowskiego (grał w prawie wszystkich częściach Dekalogu). On sam jest bardzo szczęśliwy, że ten wielki reżyser zaproponował mu współpracę i powierzył te właśnie role w swoich filmach. Skromnie twierdzi, że on je zaledwie odtwarzał.
Nie uważa się za wielką gwiazdę, jest normalnym człowiekiem. Nie ma agenta, ale nie dlatego, że jest staroświecki czy skąpy, tylko dlatego, że praktycznie nie jest on mu potrzebny. Sam potrafi sobie zaplanować dzień pracy, a inne rzeczy, które mógłby robić za niego agent, robi sam - w miarę możliwości i wolnego czasu. Dla swoich fanów, których bardzo szanuje, jest zawsze dostępny na prowadzonej przez siebie stronie internetowej – patrz TUTAJ.
O pracy zawodowej było, nadeszła pora na zgłębienie trochę życia prywatnego dzisiejszego gościa Gastrofazy. Jest w nim przede wszystkim mężem i ojcem. Rodzina Barcisiów mieszka w domu otoczonym ogrodem, w którym jest także miejsce na herbarium. ‘Zioła’ w nim nie hoduje się, ale przypraw całe mnóstwo. W ogrodzie w zasadzie wszystko rośnie w sposób naturalny, chociaż... pod kontrolą ogrodnika, który wspomaga gospodarza przy niektórych pracach, bo ten nie na wszystko ma przecież czas.
Artur Barciś lubi zajmować się domem, przyjaznym dla niego otoczeniem jest także... kuchnia. Okazuje się, że to on częściej stoi przy garach, bo jakoby lepiej od żony gotuje. Fakt, rządzenie w kuchni zdarza się mu najczęściej w soboty lub niedziele, kiedy ma trochę więcej czasu. Kiedyś wręcz fascynowała go kuchnia chińska, teraz co raz to odkrywa i poznaje inne. Jako zadeklarowany smakosz uważa, że trzeba to robić, bo przecież jedzenie należy do najsmakowitszych fragmentów naszego życia. Najbardziej lubi popijać je jasnym, lekkim piwem. Ma słabość do tego złocistego napoju, wódki natomiast nie pije wcale, bo uważa, że jest niedobra.