Ostatnie przedwakacyjne wydanie Gastrofazy, a w nim mnóstwo letnich elementów. Ot, chociażby słowa ‘klucze’, dobrane na dziś. ‘Prowiant’, czyli jedzenie, które doskonale smakuje w podróży – bo zaczęły się wakacje i przed nami wojaże; ‘bób’ (nazywany w niektórych regionach (‘boberem’) - bo zaczyna się sezon na to warzywo, bardzo popularne nie tylko w Polsce; ‘malina’ – bo za chwilę w panowaniu na straganach zastąpi truskawkę, która się powoli kończy.
Żadna inna pora roku nie sprzyja tak bardzo podróżom, jak lato. A więc - hajda na wakacje i na urlopy! Czekają góry, morze, jeziora w kraju i za granicą, czekają wspaniałe – często egzotyczne - zakątki świata. Na drogę należy się ‘zaprowiantować’. Co bierzemy ze sobą? Wszystko zależy od tego, czy jest to wyjazd na zasadzie ‘misia w teczkę i na wycieczkę’, czy też dłuższa wyprawa w najodleglejsze miejsca na kuli ziemskiej. Inaczej będzie spakowany plecak na wędrówkę po górach, inaczej na egzotyczny backpacking w odległych tropikach. Jedno jest pewne – do plecaka należy zapakować taki prowiant, który przetrzyma trudy podróży, a potem przyda nam się do czasu, zanim nie sprawdzimy możliwości lokalnej kuchni. Zawsze może to być ‘coś’ wędzonego (sucha kiełbasa typu kabanosy lub zapakowane pod ciśnieniem salami), a do tego chrupkie pieczywo lub suchary. A do pociągu, na krótką podróż ‘z miasta A do miasta B’, zabieramy oczywiście przysłowiowe jaja na twardo, pomidora (może być malinowy) i świeżego ogórka. O butelce wody mineralnej nie ma potrzeby wspominać – tę mamy zawsze przy sobie.
Wciąga i trudno się od niego oderwać... Mowa o bobie, który już jest na straganach. Zaczyna się sezon na to warzywo, bardzo popularne nie tylko w Polsce. Popularne i bardzo odżywcze, zawierające w sobie białko, skrobię, witaminy, związki mineralne. Dużo z nim można zrobić w kuchni – ładnie komponuje się w sałatkach, jest wyborny na jarzynę do drugiego dania, zupę-krem, farsz do krokietów, ale niektórzy uważają, że najsmaczniejszy jest po prostu w swojej najprostszej postaci – ugotowany do miękkości w osolonej wodzie, najlepiej z paroma ząbkami obranego czosnku albo koperkiem. Są piwosze, którzy twierdzą, że znakomicie idzie ze złocistym napojem z pianką. Wszystko wskazuje na to, że nie ma zmiłuj – bób należy jeść. Szczególnie teraz, w sezonie.
Największą euforię wywołała malina – cudowna w kolorze, cudowna w smaku. Zdrowa, subtelna, romantyczna. Taaa... Miód malina, czyli cymes - jak to się mówi. Coś w tym musi być. Nie dość, że śliczna sama w sobie, to i smaczna - słodka, miękka, rozpływająca się w ustach. Najlepsza - jak większość owoców - w stanie surowym. Każde potraktowanie maliny temperaturą szkodzi jej urodzie, chociaż fakt – nie smakowi. Zastosowanie w kuchni ma rozliczne. Z malin robi się wspaniałe, orzeźwiające koktajle, desery, torty i inne ciasta i wypieki. Na zimę wsadza się je w słoiki, robi dżemy i konfitury, no i oczywiście soki i nalewki - co by zimą ratować podupadłe zdrowie i zwalczać przeziębienie.
Nie wiadomo, kiedy zleciał czas do południa. Po 12:00 w studiu pojawił się gość – Andrzej Strzelecki. Wiele określeń pasuje do niego jak ulał, z wielu rzeczy jest znany, ale oczywiście najbardziej jest rozpoznawany jako wybitny reżyser, aktor, satyryk, nauczyciel akademicki, zapalony golfista. Co lubi najbardziej robić w życiu doktor Koziełło z tasiemca Klan? Otóż, nagminnie pić herbatę (poza zieloną, do której nie czuje mięty), grać w golfa i propagować ten elitarny sport (jedno i drugie mógłby cały czas – to jego pasja), pisać (na swoim koncie ma na razie książkę o miłośnikach golfa - ‘Człowiek w jednej rękawiczce’, ale kto wie...), grać - chociaż uważa siebie za aktora przez małe ‘a’ i woli zdecydowanie reżyserować. Od czasu do czasu lubi pobawić się nawet w kuchni i nie ukrywa, że jest amatorem dobrych rzeczy i wyszukanych smaków.