Aktor, znany przede wszystkim z filmu Młode wilki, był dzisiejszym gościem Pawła w Gastrofazie.
Jarosław Jakimowicz – bo o nim mowa – zaistniał ponad dziesięć lat temu dzięki roli Cichego w filmowym przeboju o młodych ludziach, lubiących bawić się życiem, o znamiennym tytule Młode wilki. Film przyniósł mu sławę, sukces i powodzenie. Po jego ukazaniu się na ekranach, Jarosław Jakimowicz zasypywany był listami od wielbicielek (teraz zapewne zalewany byłby mailami, kierowanymi na adres agenta), na które oczywiście nie był w stanie odpowiadać. Świadomość sukcesu, jaki odniósł i film, i aktorzy w nim grający, tkwi w nim do tej pory. ‘Skromnie’ przyznaje, że po Młodych wilkach, naprawdę nie było nikogo innego (do uwielbiania), wtedy naprawdę byli tylko oni (czytaj: młodzi, przystojni, oszałamiający, zniewalający odtwórcy ról). Teraz kocha się podobno raczej sportowców... Hmm... nie do końca to chyba prawda, trudno się przynajmniej zgodzić z takim poglądem. Sukces i powodzenie każdemu mogą uderzyć do głowy - bez względu na to, czy będzie to głowa aktora, sportowca, muzyka, czy dziennikarza - i mogą zrobić w niej niezłe zamieszanie, a czy potrafi się nad tym wszystkim zapanować, nie dać się przytłoczyć i umieć wykorzystać... to już zupełnie inna kwestia.
Wydaje się, że Jarosław Jakimowicz potrafił płynąć na fali sławy. Nie każdemu aktorowi pisane jest odciśnięcie dłoni na Promenadzie Gwiazd w Międzyzdrojach (to taki zwyczaj ściągnięty od amerykańskiego środowiska filmowego) – on ma to poza sobą. Rozpoznawalny jest do dziś głównie jako młody wilk, chociaż zagrał parę innych epizodów w mniej popularnych filmach. Ostatnio udziela się w telewizyjnym Klanie, wcieliwszy się w rolę kolegi – podrywacza jednej z bohaterek. Czyżby zaczął specjalizować się w rolach flirciarzy? Wydają się być jego ‘etatowymi’...
W swoim życiu zajmował się różnymi rzeczami – z sentymentu do sportu (w tym przypadku chodzi o boks) prowadził galę bokserską w Chicago z udziałem 'Tigera' Michalczewskiego, a potem Tomka Adamka. Był wielkim fanem jednego i drugiego, na ich walki latał nawet do Stanów. Prowadził też działalność gastronomiczną, będąc współwłaścicielem klubu Tonic w Warszawie. Tym też nie parał się dla forsy - jak twierdzi, a dla przyjemności i satysfakcji. Lubi się sprawdzać w różnych dziedzinach – jak już ma pewność, że coś umie robić w jednej, bierze się za coś innego. A to, że czego się dotknie, osiąga sukces – to chyba absolutny zbieg okoliczności. Tonic od pierwszego dnia istnienia zawsze gromadził mnóstwo gości. Przychodzili spontanicznie, nie potrzebna była żadna reklama, on sam nie rozpuszczał nawet wici wśród znajomych, że jest współwłaścicielem takiego miejsca spotkań, konsumpcji i zabawy. Może przyciągała kuchnia (dosyć rozbudowana ponoć), może klimat lokalu? Najostrzejsi w swoich opiniach warszawscy dziennikarze, zajmujący się kulinariami, pisali o Tonicu same pozytywy, chociaż wytykali i mankamenty – nie związane jednak z samym jedzeniem.
Także dla przyjemności, radości i zadowolenia samego siebie, Jarosław Jakimowicz uczył się w studium fizjoterapii, doradztwa i ekologii, specjalizując się w radiestezji i bioenergoterapii. To była jedyna szkoła, do której chodził z sercem. Medycyna niekonwencjonalna zawsze go pociągała, wahadełko radiestety nosi przy sobie na co dzień - tak na wszelki wypadek.
Świata trochę poznał i w dalszym ciągu poznaje, jest prawdziwym kosmopolitą. Zaliczył nawet czarną Afrykę. Lubi smakować życie i nie zamierza poprzestawać w jego degustacji. Ma dom w Barcelonie, do którego jeździ bardzo często. Tam jest słonecznie i kolorowo, a on szarzyzny życia nie lubi - już kiedyś uciekał od niej z Polski i z tego powodu przez jakiś czas mieszkał w Niemczech (nosił tam nazwisko Kriegl), zanim trafił do RPA i Cape Town (Kapsztadu - stolicy państwa).
Gotować umie, knajpę prowadził, wybredny nie jest i prawie wszystko jada (poza tym, co daje morze). Wydawać by się mogło, że wie, na czym polega sztuka kulinarna, a jednak... Ma koszmarną manierę jedzenia przy ‘otwartej lodówce’. Po prostu otwiera ją na oścież i wymiata z niej wszystko, co można zjeść, bez przygotowania i bez położenia na talerz, jak... młody żarłoczny wilczek. Chyba woli jak ktoś to zrobi za niego, bo inaczej byłoby to co najmniej niezrozumiałe. Prawdziwy smakosz (życia), za jakiego się uważa, nie znajduje chyba zadowolenia w takim sposobie jedzenia - szybko, łapczywie, na stojąco...