Poniosło nas dzisiaj. Hen daleko, do Mongolii - koczowniczej i pasterskiej krainy nomadów. A wszystko za sprawą gościa Pawła, którym była Luiza Poreda, dziennikarka i globtroterka, dokumentująca swoje wrażenia z odbywanych podróży w formie znakomitych reportaży, zamieszczanych w czasopismach i na stronach internetowych. Kawał świata już zaliczyła i nie z jednego pieca chleb jadła. Zahaczyła też o Azję Środkową.
Jedną z jej największych fascynacji była i w dalszym ciągu jest Mongolia - kraj wielce ciekawy i tajemniczy, o stolicy którego mówi się powszechnie, że należy do najbrzydszych miast globu ziemskiego. Dzisiejszy gość Stołu Z Powyłamywanymi Nogami jest trochę innego zdania. Widziała brzydsze metropolie, a Ułan Bator - chociaż do najpiękniejszych nie należy - ma swój klimat i swoje ‘lokalne piękno’. Zresztą, to co jest pociągające w Mongolii, to co zafascynowało i urzekło Luizę Poredę i pozostało w jej sercu, znajduje się poza mongolską stolicą. Rzecz o Gobi, jednej z największych pustyń Azji, będącej praktycznie ogromnym, bezkresnym stepem. Wcale nie wygląda on tak samo na całej swojej przestrzeni. Spotyka się tu bowiem i trawę, i pojedyncze wysuszone krzewy, ale także piaszczyste wydmy. Są na nim piękne, czyste jeziora, skały oraz mniejsze lub większe górki. Przyroda na pustyni jest ponoć niezwykła i porywająca. Zobaczyć jej piękno można jedynie wtedy, gdy podróżuje się po niej busikiem, jeepem lub... konno. W taki właśnie sposób zgłębiają Mongolię prawdziwi turyści żądni przygód, ciekawi świata, pragnący zobaczyć jak najwięcej (co wcale nie oznacza, że za wielkie pieniądze) - backpackerzy.
Luiza Poreda , chociaż spędziła w Mongolii kilkanaście dni, może powiedzieć, że widziała tylko skrawek tego ogromnego kraju - skrawek sprowadzający się praktycznie do kawałka stepu, przez który przejechała podczas siedmiodniowego trampingu. Po Gobi podróżowała rozklekotanym busikiem, zatrzymując się na noclegi w typowych dla Mongołów ‘domach’ – wojłokowych jurtach. Spała w nich codziennie, obserwując i doświadczając przy okazji wszelkich aspektów koczowniczego trybu życia prawdziwych nomadów. Po drodze zachwycała się niezwykłą i nie tkniętą przez człowieka przyrodą, grzebała w ziemi, wyciągając z niej ‘na pamiątkę’ piękne kamienie - kryształy lub cudeńka z odciśniętą w nich roślinnością. Poznawała także nowe i ciekawe smaki - ot, chociażby smak kumysu, czyli sfermentowanego mleka klaczy, przypominającego trochę... zbutwiały kefir. Pije się go z miski, co dla podniebienia jest bez znaczenia. Bliskich spotkań z drapieżnikami nie doznała (chociaż wilków tam nie mało), widziała za to gazele, mnóstwo ‘orłowatych’ ptaków, tabuny myszy i wiele innych zwierzątek. Co ją najbardziej urzekło w Mongolii? Co spowodowało, że chce tam wrócić? Co zachwyciło? Bo rozczarowało jedno – jeśli można tak to ująć, a mianowicie pogoda. W październiku, kiedy podróżowała po pustyni Gobi, bywało zimno, szczególnie nocą.
Wyprawa do Mongolii może być i na pewno jest wielką przygodą. Kraj ten fascynuje swoją egzotyką, swoją pewnego rodzaju dzikością – w sensie brakiem cywilizacji (chociaż przed każdą jurtą stoi antena satelitarna, a brak prądu w stepie nie jest dokuczliwy, bo korzysta się z baterii i generatorów). Mieszkają w nim ludzie życzliwi i przyjaźni, nie postrzegający w każdym turyście ‘chodzącego banknotu’, co jest nieraz wielkim plusem dla niektórych globtroterów. Mongołom wiele do szczęścia nie potrzeba – mają minimalne potrzeby, a maksimum wolności i przestrzeni. Żyją zgodnie ze swoimi wielowiekowymi nawykami, tak jak ich przodkowie.
Mongolię warto zaliczyć – nie tylko z powodu Gobi, Nadaamu (mongolskiego święta trzech sportów: wyścigów konnych, zapasów, łucznictwa), Ułan Batoru czy Karakorum. Coś w niej jest, skoro tyle ludzi już ją odwiedziło, a zainteresowanie tym krajem jest wciąż duże.