31 października, dzień przed świętem zmarłych, wyskoczyłem z Warszawy do Lublina, żeby zobaczyć i usłyszeć na żywo trzy zjawiska muzyczne znane jako Tides From Nebula, Obscure Sphinx i NAO. TFN-ów nie trzeba nikomu przedstawiać – Panowie mają w swoim dorobku debiutancką płytę, zresztą świetnie przyjętą przez słuchaczy i krytykę, a ponadto zaczynają pojawiać się w środkach masowego przekazu, co budzi nadzieję, że post-rock wyjdzie z niszy. Z kolei NAO to piątka warszawiaków, konsekwentnie pracująca na własną markę i budująca niepowtarzalny styl, który trudno zaklasyfikować jednoznacznie, mimo że sami muzycy twierdzą, że właśnie post-rock jest im najbliższy. Prywatnie jest to jeden z moich ulubionych zespołów, od czasu kiedy usłyszałem po raz pierwszy ich nagrania, gdy startowali w organizowanym przez Antyradio konkursie „Antyfest”. Wreszcie Obscure Sphinx – absolutna niespodzianka i objawienie ciężkiego grania. Poznałem ich zupełnie przypadkiem, kiedy grali wespół z NAO w klubie Hydrozagadka. Reasumując, wybór Lublina nie był przypadkowy – chciałem delektować się całą trójką w ciągu jednego wieczoru.
Koncert rozpoczęło NAO – widziałem ich już kilkakrotnie na żywo i śmiało mogę powiedzieć, że sukcesywnie podnoszą poziom. Nie jest to tylko i wyłącznie kwestia dobrego grania na żywo i tego, że nie fałszują, nie mylą się etc. Rozwijają się muzycznie i uczciwe należy stwierdzić, że każdy kolejny koncert mnie zaskakuje. I chyba nie tylko mnie, ponieważ krok po kroku NAO zdobywa nowych fanów, którzy czekają, tak jak ja, na ukończenie nagrywania i wydanie ich debiutanckiej płyty - liczę, że już niedługo. Lubelska publiczność spotkała się z zespołem prawdopodobnie po raz pierwszy, ale nie zmienia to faktu, że na twarzach zebranych rysowało się pozytywne zaskoczenie. Edyta Glińska - wokalistka NAO, niczym Alicja w Krainie Czarów, skromnie i nieśmiało jak zawsze przywitała publiczność, ale było to zupełnie nieadekwatne do tego co działo się na scenie. A działo się jak zawsze - momentami spokojnie i delikatnie, aby rozwinąć się w pełne mocy grzanie i jazdę o subtelności parowozu. Krótko mówiąc MNIAM. Jedyny minus całego występu to fakt, że zespół grał zdecydowanie za krótko i nie bisował. Niestety wymogi organizacyjne wygrały z muzyką.
Krótka przerwa na wymianę gratów…„I ujrzałem Bestię wychodzącą z morza, mającą dziesięć rogów i siedem głów, a na rogach jej dziesięć diademów, a na jej głowach imiona bluźniercze. Bestia, którą widziałem, podobna była do pantery, łapy jej - jakby niedźwiedzia, paszcza jej - jakby paszcza lwa. A Smok dał jej swą moc, swój tron i wielką władzę. I ujrzałem jedną z jej głów jakby śmiertelnie zranioną, a rana jej śmiertelna została uleczona. A cała ziemia w podziwie powiodła wzrokiem za Bestią; i pokłon oddali Smokowi, bo władzę dał Bestii. I Bestii pokłon oddali, mówiąc: Któż jest podobny do Bestii i któż potrafi rozpocząć z nią walkę? A dano jej usta mówiące wielkie rzeczy i bluźnierstwa, i dano jej możność przetrwania czterdziestu dwu miesięcy. Zatem otworzyła swe usta dla bluźnierstw przeciwko Bogu, by bluźnić Jego imieniu i Jego przybytkowi, i mieszkańcom nieba. Potem dano jej wszcząć walkę ze świętymi i zwyciężyć ich, i dano jej władzę nad każdym szczepem, ludem, językiem i narodem (...)" - Apokalipsa - objawienie Św. Jana Apostoła.
I tak można w skrócie scharakteryzować koncert Obscure Sphinx. Jeśli to prawda, że Szatan jest kobietą, to nie ulega wątpliwości, że imię Jego/Jej brzmi Zosia Fraś. Koncert/Performance Obscure’ów to doznanie ekstremalne, a Zosia Fraś powoduje sztywnienie wszystkich członków u słuchacza. OS to granie ciężkie i wymagające, ale porywa z siłą buldożera, wbija się w mózg niczym młot pneumatyczny i utrzymuje na najwyższych obrotach do samego końca. Nie wiem o czym Zosia Fraś śpiewa i nie wiem czy kawałki Obscure’ów mają w ogóle jakiekolwiek „normalne” słowa, ale to i tak nie ma znaczenia. Zespół to doskonale zgrana maszyneria, która nie uznaje kompromisów, a wokal jest jednym z instrumentów. Jestem pewien, że czeka ich sukces, bo talentu i charyzmy mają niemało. Reszta z pewnością nadejdzie. Generalnie nie da się opisać słowami, co dzieje się na scenie, kiedy gra Obscure Sphinx - to trzeba po prostu zobaczyć, co każdemu gorąco rekomenduję. Niestety zespół nie wydał na razie żadnego sensownego materiału, który oddawał by chociaż w minimalnym stopniu to, co sobą reprezentują. Pozostaje czekać na wydanie płyty.
Ostatecznie nadszedł czas na gwiazdę wieczoru – Tides From Nebula. Panowie wyszli na scenę w kłębach dymu, przez który można było zauważyć jedynie zarysy ich postaci. I tak było w zasadzie do końca. Nie ma to jednak większego znaczenia, bo w ich przypadku nie show jest ważny, a muzyka. Zahipnotyzowali publiczność, grając materiał z debiutanckiej płyty „Aura” plus kilka utworów z nowej, już nagranej płyty , która czeka na wydanie. Oczywiście było miejsce na bisy.
Podsumowując - warto było przejechać te „parę” kilometrów, żeby posłuchać świetnej muzyki w świetnej atmosferze. Należy podkreślić, że klub Graffiti stanowi zupełnie inną jakość niż to, z czym możemy spotkać się w Warszawie - podobno najtrudniejszym miejscu muzyczno-koncertowym w Polsce. W Lublinie frekwencja była naprawdę niezła – klub był pełny, ponadto nic nie można zarzucić nagłośnieniu, a organizacyjnie pełen profesjonalizm. Nic tylko jechać w Polskę się ogrywać, bo poza Warszawą jest mnóstwo ludzi głodnych dobrego grania, a i miejsc do koncertowania nie brakuje.
TUTAJ FOTORELACJA z tego, co działo się w Graffiti. Zainteresowani niech czują się poinformowani, że 13 listopada w Progresji w Warszawie zagra ten sam zestaw co powyżej plus Letters From Silence. Będzie czad.